Wywiad z Renatą Kaczoruk: Poruszam się w show-biznesie po omacku. Nie jestem wytrawnym graczem

0

Swego czasu o Renacie Kaczoruk napisano chyba wszystko, również z moim skromnym i momentami złośliwym udziałem. Emocje związane z jej uczestnictwem w „Azji Express” sięgnęły zenitu i kotłowały się jeszcze długo po zakończeniu programu. Teraz Renata powraca na łono telewizji w kolejnym show – „Tańcu z gwiazdami”. Od momentu  opublikowania tej informacji w mojej głowie szalało kilka pytań, a na ramówce Polsatu nadarzyła się okazja, żeby skonfrontować je z samą zainteresowaną. Nie robiłem tego wywiadu pod żaden klucz, rozmowa ułożyła się dość spontanicznie i, co dla mnie bardzo ważne, po autoryzacji wróciła nienaruszona. Zapraszam do lektury!
 
grabari.pl: „Taniec z gwiazdami” jest takim programem, który już swoją nazwą określa i formatuje uczestników. Przyszła do Ciebie propozycja udziału w nim, przyjęłaś ją, więc zasadne wydaje się pytanie – czy Ty się tą „gwiazdą” czujesz?
 
Renata Kaczoruk: Zupełnie nie i jeśli zapytałbyś mnie co sprawia mi największy kłopot w tym programie albo co najbardziej do mnie nie pasuje to właśnie byłoby to określenie. Kompletnie się w nim nie odnajduję i mam wrażenie, że ten tytuł narzuca trochę błędne postrzeganie programu, zupełnie niepotrzebnie. Bo on nie jest o gwiazdach… To jest program o pracy, wysiłku, zmierzaniu się z własnymi kompleksami, stresem, niepewnością i zmusza cię do wyjścia z twojego comfort zone, jakkolwiek banalnie to brzmi. Ja już tego doświadczyłam, to nie jest łatwe przejście, ale daje mnóstwo satysfakcji. Cieszę się, że podjęłam się tego wyzwania, bo budzi we mnie jakiś ogień i coś, co przez różne, trudniejsze doświadczenia, zostało gdzieś stłamszone, zamrożone. A teraz może się w końcu wybudzić.
 
Wierzę, że ten program daje właśnie taki zastrzyk i to na pewno niesamowita i radosna przygoda, ale jak każdy telewizyjny show, przynosi też (albo przede wszystkim) popularność. I teraz pytanie – czy Tobie na tej popularności zależy? Bo najpierw dostałaś ją w bagażu ze swoim facetem, ale udział w jednym, teraz w drugim programie telewizyjnym to już nie przypadek.
 
Bardzo podoba mi się to pytanie, bo użyłeś dwóch słów, które opisują popularność. To jest tak samo radość i fun, jak i bagaż. I to właśnie ten bagaż był elementem, który mógłby zaważyć o decyzji o udziale w programie – na “nie”. Natomiast przeważyły argumenty związane z wysiłkiem fizycznym, endorfinami i przeżyciami, których w związku z tym się spodziewałam. I się nie zawiodłam. A popularność… czy raczej rozpoznawalność – jest gdzieś z tyłu głowy, ale nie myślisz o tym w trakcie treningu. To jest naprawdę hardkor – przygotowania na sali wypełniają mi sześć godzin dziennie, a są jeszcze inne działania związane z udziałem w show. Nie możesz w takich warunkach zużywać swojej energii na myślenie o tym, co się stanie z tobą jako osobą publiczną, jakie to będzie miało efekty, co ktoś o tobie napisze etc. Tego nie ma w grafiku. I o to mi chodziło. Żeby to wyłączyć.
 
Mimo wszystko myślę, że dla wielu osób, również dla mnie, weszłaś do tego świata jako taka dość kontrowersyjna bohaterka. Szczyt Twojej zawodowej aktywności w modelingu przypadał jednak na długo przed medialnym debiutem i teraz bardziej funkcjonujesz w tej show-bizowej przestrzeni jako dziewczyna znanego dziennikarza, a nie modelka. Bo gdybyś dalej była aktywna zawodowo, to ludziom łatwiej byłoby sobie wytłumaczyć Twoją obecność w mediach niż tylko tym, że jesteś w związku z kimś popularnym.
 
Modeling, mimo że cały czas się tym bawię i ciężko mi to porzucić, to rzeczywiście była przygoda z czasów młodości, gdzie głównie pracowałam za granicą. W Polsce natomiast zaczęłam pracować jako modelka dopiero na studiach, nie miałam nigdy ambicji kontynuować u nas tej przygody z modelingiem i bardziej skupiałam się na zdobywaniu wykształcenia i potencjalnej karierze naukowej, więc to gdzieś wydarzyło się przypadkiem. Podobnie jak show-biznes – to nie było moim założeniem. Ale oczywiście, jestem w nim teraz i nie będę się próbowała od tego odżegnywać.
 
Związek z Kubą umieścił Cię z automatu na celebryckiej mapie, ale oprócz tego zastrzyku rozpoznawalności, który chyba zgodzimy się, że można uznać za sytuację pozytywną, medialność tej relacji czasami się na Tobie mści. Jak choćby teraz, przy okazji udziału w „Tańcu z gwiazdami”. To w końcu program, który Twój narzeczony od lat wyśmiewa, więc dla odbiorców jest jakimś zgrzytem to, że nagle zatańczy w nim jego dziewczyna. Mimo, że jesteście autonomicznymi jednostkami to wciąż gdzieś traktuje się Was jako jedność, a Ty płacisz za jego słowa.
 
Oczywiście, że jestem autonomiczną jednostką i zawsze powtarzam to z całą stanowczością. Tak jak w przypadku oceniania dziewczyn znanych facetów – media spekulują co ich związek potrafi im umożliwić, ale nie pochylają się nad drugą stroną medalu. Ja też o niej nie chcę mówić.
 
Ale chcesz walczyć z tą łatką „Dziewczyny Kuba Wojewódzkiego”? Bo to musi być momentami irytujące, być oglądanym tylko przez pryzmat tego.
 
Staram się budować pewną rozdzielność, choć nie jest to łatwe. Teraz już oboje funkcjonujemy w show-biznesie i zestawiane są nasze wypowiedzi czy zachowania. Mam nadzieję, że powoli coraz bardziej czytelnym będzie, że jesteśmy dwoma niezależnymi bytami i nie tkwimy w relacji, w której stanowimy dla siebie jakieś lustrzane odbicie. Jesteśmy z dwóch różnych światów, natomiast łączą nas rzeczy, o których niekoniecznie chciałabym publicznie opowiadać.
 
To w takim razie jaka ma być teraz „Renata Kaczoruk”? Bo zakładam, że „Azja Express” była dla Ciebie jakąś lekcją i pierwszym zetknięciem się z tymi show-biznesowymi mechanizmami. Rozumiem, że wyciągnęłaś wnioski i już wiesz z czym to się wszystko je?
 
Można pomyśleć, że dziewczyna Kuby Wojewódzkiego to musi być można zawodniczka w show-biznesie, bo kto jak kto, ale on na pewno ją odpowiednio wyszkolił. Być może po prostu marna ze mnie uczennica. (śmiech) Nigdy nie byłam specjalnym widzem telewizji, ani czytelniczką plotkarskich magazynów, wielu z tych mechanizmów po prostu nie znałam – nie były mi potrzebne w moim ówczesnym świecie. Ponieważ jednak teraz znajduję się w środku i tak czy siak płacę za to wysoką cenę, postanowiłam się temu bliżej przyjrzeć i trochę oswoić. Wciąż jednak mam wrażenie, że poruszam się w tym świecie trochę po omacku, bo nie znajduję w sobie tyle energii czy umiejętności, żeby to wszystko rozumieć, mieć jakąś strategię, pomysł. I jeśli czegoś jestem pewna, to tego, że nic nie wiem – cytując klasyka. Na pewno chciałabym mieć z tego trochę więcej funu, mniej siniaków. Moja decyzja na “tak” przy obu programach opierała się na tym, że miałam ochotę coś zrobić i przeżyć. A widowisko, które z tego powstaje, to jest dla mnie czarna magia. I tak pozostanie, bo nie mam ambicji, żeby nagle zostać wytrawnym show-biznesowym graczem.
 
Tylko musisz sobie zdawać sprawę, że o ile przy „Azji” mogłaś jeszcze – w obliczu negatywnego odbioru i komentarzy – wytłumaczyć się debiutem, nieznajomością mechanizmów i byciem w tyle za tymi wszystkimi szczwanymi lisami, którzy na show-biznesie zjedli zęby, o tyle już rok po tych wydarzeniach, wchodząc do kolejnego programu, ten argument nie zadziała. Czy Ty sama już wiesz z jakiej strony chcesz się pokazać? Tak żeby nie było wątpliwości, że ten pomysł jest, żeby nikt nie mógł obsadzić Cię w roli, która – jak sama mówiłaś w kontekście „Azji” – do Ciebie nie przystaje.
 
(pauza) Skupię się na przeżywaniu swoich prawdziwych emocji i nie będę zaprzątać sobie głowy tym, jak to wypadnie. Moje doświadczenia pokazują mi, że nie zjadłam wszystkich rozumów i jedyne co mogę zrobić to dobrze komunikować swoje intencje oraz postawę wobec rzeczy i ludzi. Naprawdę, nie mam żadnych założeń. Źle znoszę dysonans poznawczy, więc nie ma tu miejsca na noszenie jakiejś wymyślnej maski, choć wiadomo, że każdy w jakimś stopniu taką maskę zakłada. Postaram się, żeby moja była jak najbliższa prawdzie.
 
To pytanie zabrzmi brutalnie, ale co odróżnia Ciebie od np. dziewczyn piłkarzy, które z nazwiskiem męża/chłopaka dostają bilet do show-biznesu, ale często są wyszydzane z powodu braku jakiegoś konkretnego zajęcia? Bo myślę, że ten problem z odbiorem Twojej osoby wiążę się ze sposobem w jaki Ty sama prezentujesz siebie np. w sieci. Śledzę Twój Instagram, widzę, że nie spędzasz całych dni na szukaniu nowych ciuchów, pojawiają się tam informacje o inicjatywach, w które się angażujesz etc., ale to wciąż są tylko jakieś strzępki – dostaniesz za to lajki, ale ludzie niekoniecznie wyniosą z nich to, że działasz, pracujesz, a nie tylko pachniesz i wyglądasz.
 
Może to w nie uwierzysz, ale to chyba wynika z… nieśmiałości. Bardzo częstą różnicą w postawie kobiet i mężczyzn – i nie mówię tutaj o show-biznesie, bo to jest jakaś kompletna bańka – jest to, że kobieta merytorycznie zawsze czuje się w jakiś sposób niedowartościowana, niepełna i jest dużo skromniejsza. Nie oczekuje peanów za to co ma do zaproponowania. I pewnie z tego powodu bezpieczniej dla mnie jest wrzucić zdjęcie, które dotyczy modelingu. Dużo więcej nieśmiałości odczuwam, kiedy chcę powiedzieć o czymś ważnym, obawiam się też, że mogę jakiejś inicjatywie zaszkodzić. W końcu jestem szwarccharakterem… (śmiech)
 
Ale zawsze możesz trochę swoich odbiorców wychować i przyzwyczaić ich do pewnych treści. Ostatnio rozmawiałem z Kingą Rusin, która powiedziała mi, że jeszcze jakiś czas temu jej publikacje dotyczące ochrony środowiska czy ekologii spotykały się ze znikomym zainteresowaniem ze strony jej obserwatorów, ale z czasem to się zmieniło, bo jasno zakomunikowała im, że to są dla niej bardzo ważne kwestie i albo to zaakceptują albo po prostu klikną „unfollow”.
 
Fajnie, że to mówisz, bo to rzeczywiście jest dla mnie bardzo ważne i cieszę się, gdy nasze uczestnictwo show-biznesie się do czegoś przydaje, a rozpoznawalność może być platformą do tego, żeby zainteresować ludzi tematami, które są ważne, a nie są tylko czystą autopromocją. Nie chcę oczywiście nikogo oceniać, ani potępiać, ani tym bardziej do nikogo się porównywać. Internautom to ocenianie z kolei przychodzi coraz łatwiej. Wspominałeś o dziewczynach WAGS postrzeganych w kontekście swoich partnerów. One przecież nikomu niczego złego nie zrobiły, a te oceny internautów czy portali są bardzo krzywdzące.
 
Ale rozumiesz mechanizm, który sprawia, że ludzie je odbierają tak, a nie inaczej? Oczywiście, portale robią swoje w podkręcaniu tej niechęci, ale załóżmy, że pojawia się dziewczyna Y związana z piłkarzem/gwiazdorem X i nagle dostaje np. program w telewizji. Ludzie oczami wyobraźni widzą już setki, jeśli nie tysiące, młodych i zdolnych, którzy latami pracują na swoje nazwisko, zdobywają wykształcenie i mogliby być na miejscu tej Y, ale nie będą tylko dlatego, że nie mają tego nazwiska. Taka gorycz, choć nie jest jakąś super pozytywną emocją, jest w jakiś sposób wytłumaczalna.
 
Naprawdę bardzo często te oceny są po prostu powierzchowne, bo my możemy nie wiedzieć o tych dziewczynach wielu rzeczy – o ich przeszłości, wykształceniu, drodze, którą przeszły, ilu ludzi doświadczyło od nich pomocy, serdeczności, dobroci… To często się nie sprzedaje, takie informacje nie zawsze są chwytliwe. Bądźmy dla siebie ludźmi. Nie znajduję w sobie przestrzeni na ocenianie wyborów innych, nie szukam sensacji w magazynach plotkarskich. Na tym świecie jest mnóstwo wartościowych kobiet, spoza show-biznesu, które zajmują się nauką, pomocą społeczną i fantastycznymi projektami – interesujmy się nimi! Jest wiele kobiet, które obserwuję i które mi imponują, a o których chciałabym więcej i częściej czytać w mediach.
 
O, i może to jest właśnie pomysł na projekt dla Ciebie. Pokazujący takie kobiety, opowiadający o nich w interesujący sposób. Masz do tego swoją platformę, grzechem byłoby jej nie wykorzystać.
 
Wiesz, takim projektem jest „Girls in tech”, który zainicjowałyśmy w Polsce dwa lata temu. To jest inicjatywa, która ma na celu przybliżać sylwetki, ale i dawać szansę poznania osobiście tzw. „role models” młodym dziewczynom potrzebującym takiego wsparcia. Potrzebującym zobaczyć kobiety, które zajmują się czymś naprawdę niesamowitym, zmieniającym rzeczywistość. Ten program pozwala im spotkać się z taką osobą, doświadczać jej wiedzy i umiejętności, ale też ośmielić do działania, a potem występowania i mówienia głośno o tym, że robi się coś wartościowego.
 
Dobrze, to teraz żeby zamknąć rozmowę taką klamrą, bo od tego tematu wyszliśmy, to i zakończmy – pierwszy odcinek „TzG” już za chwilę. Jest stres? Bo to rywalizacja, przygoda i duże emocje, które pewnie chciałabyś, żeby potrwały jak najdłużej.
 
To przede wszystkim jest rywalizacja z własnymi słabościami i ja trochę czuję, że to turniej, w którym muszę się zmierzyć sama ze sobą. Stres jest ogromny, ale on też jest czymś, czego chciałam doświadczyć. Trochę mnie to paraliżuje, ale przejdę to! To i tak jest stres, którego nie można porównać np. z chirurgiem, który wykonuje operację na otwartym sercu i od tego zależy czyjeś życie. Ja mogę co najwyżej poślizgnąć się na parkiecie i odpaść w pierwszym odcinku. Ot, cała tragedia.
 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here