Nowa płyta Dody… Czy ma z nią dokąd wracać?

2

O Dodzie można napisać kilka książek, spierać się w nieskończoność na temat jej medialnych przygód i ferować wyrokami. Z tego wszystkiego zapominamy jednak, że jest prawdopodobnie jedna rzecz, w której – niezależnie czy cenimy sobie jej osobę, czy też nie – po cichu się zgadzamy. Mianowicie – Doda potrafi śpiewać. Przez blisko 20 lat funkcjonowania w show-biznesie skutecznie przykrywała to dużym biustem, wyzywającymi strojami i kontrowersyjnymi wypowiedziami, a jej talent był na tapet brany wyjątkowo rzadko. Przełomowy pod tym względem wydaje się występ Dody w Opolu w 2017, gdzie wykonała „Niech żyje bal”, przeżywając jednocześnie medialnie bardzo trudny czas. Porywające wykonanie przeboju Maryli Rodowicz szybko stało się hitem sieci, a dla samej piosenkarki była to najwyraźniej cenna lekcja, z której wyciągnęła wnioski. Wszystko to zmaterializowało się w najnowszym albumie Dody, zatytułowanym przekornie „Dorota”, na którym przy akompaniamencie orkiestry i bandu zmierzyła się z największymi polskimi i zagranicznymi przebojami, dorzucając w bonusie trzy własne utwory (w tym dwa premierowe). Czy ta płyta mówi nam coś o piosenkarce, o której powiedziano już chyba wszystko?
 
Nagrywanie krążka z coverami to jest zawsze taka opcja pt. na dwoje babka wróżyła. Z jednej strony, wydaje się bardzo bezpieczna, bo serwujemy słuchaczom znane i lubiane przeboje. Z drugiej jednak, dokładnie z tego samego powodu, istnieje ryzyko, że przesadna reinterpretacja ugodzi w serce fanów kochających oryginał. A utwory, które Doda wzięła na warsztat, to absolutne klasyki z repertuarów Maryli, Anny Marii-Jopek, Maanamu czy Ewy Bem, okraszone hitami młodego, zagranicznego pokolenia czyli Miley Cyrus, Harry’ego Stylesa i Avril Lavigne. Misz-masz wręcz wybuchowy, oparty na prywatnych sympatiach muzycznych wokalistki i być może dlatego Doda podeszła do każdej piosenki z dużym szacunkiem i pokorą. Nie ma tutaj stylistycznych fikołków, które znamy choćby z programu BBC Radio 1, gdzie im bardziej artysta pokombinuje z oryginałem, tym lepiej. Aranżacje oddają ducha oryginałów, choć obecność orkiestry z pewnością dodaje im pompy i dramatyzmu, a w niektórych przypadkach nawet mocno filmowego sznytu.
 
Po przesłuchaniu krążka, tytuł „Dorota” nabiera sensu i wcale nie chodzi tutaj o metafizyczne interpretacje, że oto z tą płytą dostajemy prawdziwą Dorotę, a nie Dodę, że w końcu prawda i no make-up, a nie Gucci i doczepy. Ja to widzę i słyszę inaczej. Dostajemy Dorotę, która jeszcze 20 lat temu wojowała na scenie Teatru Buffo, występowała na konkursach poezji śpiewanej, a jej największymi atutami był głos i błysk w oku. Teraz znów to dostajemy i parafrazując premierowy utwór „Nie mam dokąd wracać” (jeden z najlepszych w jej solowej karierze), Doda ma dokąd wracać, bo w takim wydaniu rynek muzyczny i show-biznes przyjmą ją z otwartymi ramionami. 
 
Płytę można odsłuchać na wszystkich serwisach streamingowych albo zamówić tutaj. Zostawiam was z romantycznymi zdjęciami promo autorstwa piekielnie utalentowanego Dawida Klepadło.
 

 

 

 

 

 

2 KOMENTARZE

  1. Twoja ocena tego krążka jest nieobiektywna.To po pierwsze.(Program na Youtube sponsor Doda!!!!
    A po drugie piosenka Kory to istna profanacjaCieżko i z dykcjią problemy!!!!!.A reszta coverow na jedno kopyto.Angielski bez komentarza.Jedyna piosenka i dobry kierunek i miło się tego słucha to „Nie mam dokąd wracac”Pozdrawiam

    • Spokojnie, napisałem tylko, że w takim wydaniu Doda mi się podoba, zgadzamy się nawet co do tego, że NMDW to najlepszy utwór na płycie, więc nie ekscytuj się tak…

      Dla Twojej informacji – firma producencka Dody zrobiła 3 odcinki mojego programu, ostatni z nich został wyemitowany we wrześniu, więc argument trochę nieaktualny – czas znaleźć nowe albo przyjąć, że ludziom mogą (lub nie) podobać się inne rzeczy 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here