Nawet Jennifer Lopez potrzebuje drugiego startu

0

To nie będzie długa i ekspercka recenzja. Są takie aktorki i takie filmy, które w przemyśle kinowym spełniają jedną, często bagatelizowaną, acz ważną rolę – mają nam pozwolić zapomnieć na chwilę, że świat jest zły, a ludzie to jawnogrzesznicy (obiecałem sobie, że od nowego roku będę ograniczał wulgaryzmy i to słowo wyskoczyło mi jako synonim do starej i dobrej pani na „k”). W kategorii tej bez cienia wątpliwości można umieścić Jennifer Lopez, która od blisko 20 lat dzieli swój talent i krągłe pośladki między filmem a muzyką. Na jej półce z nagrodami nie znajdziemy Oscara, Złotego Globu czy Grammy, ale jej umiejętności na obu polach podważyć nie można, a wypracowany przez lata styl daje nam poczucie bezpieczeństwa i sięgając po jej filmy czy muzykę, mamy pewność, że będzie dobrze.
 
Nie inaczej jest w przypadku najnowszej produkcji z udziałem JLo czyli „Teraz albo nigdy” (oryg. The Second Act). Od pierwszego zwiastuna wiedziałem, że jest to pozycja obowiązkowa na zimowy wieczór, na którą zaciągnę pod pachą moją przyjaciółkę. Film opowiada historię tzw. zwykłej babki w pewnym wieku, rozczarowanej nieco swoim dotychczasowym życiem – szczególnie zawodowym. Brak wyższego wykształcenia zamyka jej wszystkie drzwi (zapraszamy do Polski), ale do czasu, bo oto na białym koniu wjeżdża syn jej najlepszej przyjaciółki. Młody przygotowuje fejkowe CV przyszywanej cioci, rozsyła je po najlepszych korporacjach i tadam, nagle telefon dzwoni jak opętany! Dalej wiadomo – czekamy w napięciu na moment, w którym prawda wyjdzie na jaw, boimy się o życie swoje i naszych bliskich, ale coś nam mówi, że nie dość, że wszystko skończy się dobrze, to JLo zaśpiewa nam jeszcze piosenkę (Buy Limitless on iTunes!). Mało tego, w międzyczasie jest niezły twist, na który moja przyjaciółka Martunia zareagowała cichym, acz zdecydowanym „no co ty?!?!”. Drugoplanowa rola Leah Remini to prawdziwa perełka i typowy katalizator śmiechów i chichów wśród widzów, a jej chemia z Jen nie pozostawia wątpliwości, że panie to psiapsióły również i poza planem zdjęciowym.
 
„Teraz albo nigdy” to film z serii PAF (predictable as fuck, sam to wymyśliłem), ale ja – w przeciwieństwie do bohaterki granej przez Jennifer – nie potrzebuję już w swoim życiu zaskoczeń, bo wystarczająco mnie dojechało. Dlatego opcja na przyjemne dwie godzinki w kinie, popcorn i przystojnego kolesia grającego jej narzeczonego, totalnie do mnie przemawia. Na wymagające i niszczące psychikę kino przyjdzie czas już za chwilę, w czasie oscarowej gorączki, tymczasem warto po prostu uwierzyć na moment w amerykański sen i to, że każda zastępczyni kierownika w supermarkecie ma szansę na figurę JLo i Louboutiny.
 
W Polsce grają to już od zeszłego piątku, więc można śmiało śmigać. Have fun!
 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here