Kasia Stankiewicz: Kręci mnie człowiek, nie jego metki i znajomości!

2

Praca dla rozmaitych redakcji na przestrzeni ostatnich pięciu lat była dla mnie fantastyczną przygodą, ale praca „dla kogoś” w pewnym momencie staje się ciężarem, bo zabiera wolność. W przypadku dziennikarza jest to o tyle bolesne, że masz szansę spotykać niesamowitych ludzi i fascynujące osobowości, a rozmowa z nimi i tak ostatecznie ma po prostu się „kliknąć”, więc chcąc czy nie, pytasz w końcu o ten romans, operacje plastyczne i inne cuda, żeby zdobyć nagłówek. Jak już większość z was pewnie wie, od kilku miesięcy jestem wolnym strzelcem i robię tylko to, co czuję w stu procentach. Już nie musi się klikać na milion wejść, mogę wreszcie po prostu rozmawiać. I o tym właśnie jest w dużej mierze wywiad z Kasią Stankiewicz, który dzisiaj wam przynoszę – rozmowa o wadze własnych wyborów, podążaniu indywidualną ścieżką i muzyce oczywiście, bo spotkaliśmy się z okazji premiery płyty „Ent”. Zapraszam do lektury i odsłuchu tego albumu – najlepiej jednocześnie!

grabari.pl: Jaka jest różnica między byciem wokalistką Varius Manx teraz a 20 lat temu?

Kasia Stankiewicz: Zasadnicza. Dziś to szanuję i robię świadomie. Wtedy był to rzut na taśmę, spełnianie marzenia, połączone z młodzieńczą zuchwałością, więc i przekonaniem, że zawsze będę tłukła „Orła cienie” i żyli długo i szczęśliwie… (śmiech)

A propos tej świadomości – czy ty uczestniczyłaś świadomie w tym, co się działo te 20 lat temu wokół ciebie i zespołu? Bo teraz można to bardzo uprościć i powiedzieć, że „Varius Manx święcił ogromne sukcesy”, ale wystarczy nawet pobieżnie prześledzić choćby Wikipedię, żeby zobaczyć, że te twoje pierwsze dwa lata w zespole to była jakaś kosmiczna aktywność – płyty, koncerty, festiwale, nagrody etc. Czy wiedziałaś w ogóle co tak naprawdę się dzieje?

Ależ skąd! To był rodzaj kapsuły, jakiegoś, nazwijmy to, komfortowego zamknięcia, z którego później, siłą rzeczy, chciałam wyjść, bo jednak wolę chłodek niż smrodek.

Jak wygląda teraz dynamika w zespole? Sam fakt, że masz już 20 lat więcej…

Dziękuję za przypomnienie! (śmiech) Wiesz, metryka w jakimś momencie przestaje mieć znaczenie. Znaczenie ma to, jaki cel wyznaczasz sobie na kolejnym horyzoncie. Potrzebuję mieć ciągłą stymulację, inaczej chyba można zacząć się już tylko marszczyć. Dynamika… Tak, jest dynamicznie, bo lubimy naszą pracę. Gdy robisz to, co lubisz i masz przy tym nadal dziewiczą potrzebę wykonywania tego najlepiej, jak potrafisz, to już jest sukces. Przeszłam jakąś tam drogę, co powoduje, że…

…masz wśród chłopaków większy autorytet?

Tak, oni w zespole się mnie boją! A przecież jestem takim słodziakiem… (śmiech) A tak na serio,  my uczymy się siebie na nowo. Ja nie znoszę bezmyślności i braku profesjonalizmu. Wszelkie tego objawy skracam o głowę natychmiast. Wkurzam się i podnoszę głos, używając przy tym wyrazów. Oni widząc to, dziwią się, że to ta sama Kasieńka. Wymagam od siebie wiele, więc od innych też. Teraz to jest takie zetknięcie Kasi i Variusów, którzy mimo że spotkali się 20 lat temu, niczego o sobie nie wiedzą. Uczą się, macają i to jest fascynujące.

Kiedy podjęliście decyzję, że ten powrót i macanie zakończą się kolejną płytą? Rozmawialiśmy na różnych stadiach tego jubileuszowego projektu Varius Manx & Kasia Stankiewicz i początkowo miało to być przecież tylko kilka koncertów.

Wszystko wydarzyło się płynnie i naturalnie. Nikt nie kalkulował od początku, że znów zwiążemy się na kilka lat i nagramy nową płytę. Rzeczywiście, ten pierwszy projekt czyli osiem jubileuszowych koncertów to miało być wszystko, dlatego ta decyzja o ponownym wstąpieniu w szeregi Variusa, była trudna, ale okazała się być dobra. Pomyślałam, że miło będzie znów zaśpiewać te przeboje i poczuć moc wielotysięcznego tłumu… Nagle się okazało, że trasa świetnie się sprzedała, a na koncerty przyszły tysiące ludzi, którzy bardzo emocjonalnie okazywali swoją wdzięczność i radość z tego, że znowu jesteśmy razem i gramy ich ukochane piosenki. Przychodzili po koncertach i mówili, że czekali na ten moment 20 lat i że to jest niesamowite, że znowu wraca ich młodość, emocje, wspomnienia związane z tą muzyką. W pewnym momencie zrobiliśmy oficjalne spotkanie z naszym managementem i oni mówią: „Słuchajcie, przedłużmy ten kontrakt, bo bardzo dobrze się dzieje.” W międzyczasie pojechaliśmy na festiwal do Opola, który okazał się dla nas bardzo szczęśliwy, bo dostaliśmy tam kilka nagród i to też było dla nas jakimś sygnałem, że to, co robimy, ma sens. Zaczęliśmy grać jeszcze więcej koncertów i okazało się, że nie ma znaczenia, czy to jest filharmonia z biletowanymi krzesełkami, czy plener, gdzie często jest dość przypadkowa publiczność – odzew wszędzie jest taki sam.  Wielka emocjonalność, ogromna dawka energii i pewnego rodzaju zapotrzebowanie ludzi na tego typu wydarzenia, o czym dawali nam znać w rozmowach po koncertach. Pamiętam, jak pewnego dnia jechaliśmy na próbę z Robertem Jansonem i zespołem do Łodzi i on mnie zapytał, czy nie chciałabym usłyszeć piosenki, którą dosłownie chwilę wcześniej napisał. To była piosenka, która jest dzisiaj na płycie i nazywa się „Ballada”, tak zresztą była zatytułowana od początku. Usłyszałam ją i ona była dla mnie na tyle piękna i inspirująca, że od razu zaczęłam pisać do niej tekst. Myślę, że tą moją reakcją dodałam Robertowi trochę wiatru w skrzydła. On zobaczył, że znowu się to sprawdza, że to jest kompatybilne z nami i zaczął przynosić kolejne rzeczy. Dużo rozmawialiśmy o muzyce, Robert wiedział, w jakim artystycznie momencie ja w życiu jestem i ten flow między nami okazał się na tyle kluczowy, że zaczęliśmy myśleć o płycie. Drugi kluczowy moment miał również miejsce w trasie. Jechaliśmy na koncert autem, były już wtedy dema wszystkich utworów i Robert zapytał, co powiedzielibyśmy na tytuł płyty „Ent”. I to, co się dzieje z tym tytułem: że to trylogia, Tolkien, las – było samo w sobie na tyle inspirujące, że kiedy zaczęłam do tych dem pisać teksty, to wiedziałam już, że będzie to bardzo ważna wypowiedź. Byłam i do dzisiaj jestem zaskoczona efektem i tym, jak ta płyta brzmi, jak wygląda i jaką ma wartość. Sądzę, że takiej płyty nikt się po Variusie nie spodziewał. Jest to dojrzała i godna rzecz, a jednocześnie bardzo dostępna.

Z takimi powrotami zawsze wiąże się decyzja, czy próbować wskrzesić tego ducha, który kiedyś już podbił publiczność, czy jednak spróbować zaproponować coś nowego. Z tego, co mówisz, wynika, że w waszym przypadku wszystko odbyło się bardzo organicznie?

Wiedzieliśmy na pewno, że nie pójdziemy za obecną modą i nie zrobimy drugiego „Despacito”. A już tym bardziej nie będziemy się silić na kolejny „Orła cień”, bo to byłby strzał w kolano. Byliśmy zgodni co do tego, że musi to być materiał, który przede wszystkim zaspokaja nasze obecne artystyczno-człowiecze potrzeby. Znaleźliśmy wspólny mianownik, bo wiadomo, że zespół to suma kompromisów, i zostało nim brzmienie tej płyty. Smyki, które tam wybrzmiewają i to, że ten album w ogóle brzmi bardzo minimalnie, podbija jej szlachetność i dojrzałość. Siła tej płyty tkwi także w fakcie, że powstała ona z potrzeby tworzenia. Nie mieliśmy nad sobą wytwórni, która krzyczała „trzeba wydać płytę!”, spotkaliśmy się po prostu po dwóch latach koncertowania i uznaliśmy, że skoro jest w zespole dobry i twórczy klimat, a Robert jest w świetnej formie jako kompozytor, to dlaczego by za tym nie pójść? Poszliśmy więc.

Płyty słucha się super, ale to taki krążek zrobiony w starym stylu – coś w rodzaju opowieści, którą trzeba przejść od początku do końca i poświęcić trochę uwagi. Słuchając płyt lubię zamknąć oczy i mieć do tego jakiś obrazek. W tym wypadku ten album rzeczywiście ma w sobie coś bajkowego, począwszy od okładki, przez dźwięki, na tekstach kończąc. Co chciałaś opowiedzieć na tej płycie?

Że nie wolno zaśmiecać lasu, że szkoda gubić marzenia, że miłość nas unosi, że nie wolno wstydzić się prawdziwych uczuć, że dobrze jest przytulić się do drzewa, że trzeba pamiętać o czytaniu książek, że czasami warto zamknąć oczy i się zatrzymać. Że słońce jeszcze świeci, że księżyc się zmęczył. Że zawsze można zacząć od nowa, że fajnie jest się śmiać, że można się „melancholić” czasami i nie ma w tym nic złego, że dobrze jest się czasami zapomnieć… Et cetera.

Rozmawiając z innymi artystami, często słyszę, że ten moment oddania płyty, czyli ich dziecka, światu jest dość trudny, bo nad odbiorem nie masz już żadnej kontroli i nigdy nie wiesz, czy twoje intencje zostaną dobrze odczytane. Masz podobnie?

Nie mam tak. Wręcz nie mogę się doczekać, kiedy to wyjdzie do świata, bo mając świadomość dobrze wykonanej pracy, chcesz, żeby ludzie to usłyszeli. Myślę, że trzeba wypuszczać w przestrzeń rzeczy, które w nas rosną, i dawać je w tym momencie, w którym one chcą się wydostać. I przechodzić do następnych, nie grzebać w jednym projekcie w nieskończoność. Szkoda czasu! Przed nami kolejne rzeczy, które czekają na wypowiedź. Przynajmniej ja tak mam, że nie zamierzam się ograniczać np. tylko do Variusa czy działań solowych. Mam szeroką paletę barw artystycznych i wielu z nich nie miałam jeszcze okazji pokazać. Czuję, że jestem za mało eksploatowana jako artystka.

A jak wygląda zderzenie się z tymi opiniami? Bo ty jesteś bardzo ciekawym przypadkiem, bo „musisz” sprostać gustom bardzo zróżnicowanej publiczności. Z jednej strony są fani Varius Manx, z drugiej wielbiciele twojej solowej twórczości, tak różnej od tego, co prezentowałaś i prezentujesz teraz z zespołem. Da się to jakoś pogodzić?

Ależ oczywiście, że się da. Popatrz, Damon Albarn założył Blur, potem Gorillaz, w międzyczasie solidna kariera solowa, potem The Good The Bad And The Queen. To się nigdy nie wyklucza. Kwestia otwartości mózgowia. Słuchaczy moich i variusowych łączy wrażliwość, ciekawość i otwartość. Nurty Variusa i moje solowe są zupełnie różne, ale tym spoiwem jestem ja, więc to się gdzieś płynnie przenika. Bardzo fajne jest to, że ludzie, którzy poznali mnie dzięki działalności solowej, weszli do Variusa i są w stanie pewne rzeczy docenić, nawet jeśli Varius Manx nie wróżył im nic dobrego. I odwrotnie – ludzie, którzy są fanami Variusa i nie mieli wcześniej okazji słyszeć mojego solowego materiału, teraz się z nim zapoznają, potrzebują czasami czasu, żeby do niego dojrzeć, ale potem przychodzą na moje koncerty, są zachwyceni i zdumieni, że to ta sama osoba. W zespole byliśmy zgodni co do tego, że choć czasy dla kultury i sztuki są ubogie, my nie możemy, nie chcemy odpuścić i zjechać w dół z jakością, bo wypuszczając dobry produkt, pokazujemy że tak też się da i że jest na to zapotrzebowanie. Ja wierzę w odbiorców.

Parafrazując jeszcze to pierwsze moje pytanie o różnicę 20 lat – jak bardzo odczuwasz ją podczas koncertów? Chodzi mi o zmierzenie się z nie swoim repertuarem wtedy i teraz, bo mam wrażenie, że te piosenki Anity czy Moniki, obecnie wybrzmiewają zupełnie inaczej. Nie dość, że mają twój sznyt, to są zaśpiewane bardzo pewnie i może to złe słowo, ale jesteś w stanie „przekonać” nawet tych odbiorców, którzy pod tym względem mieli jakieś swoje konkretne upodobania.

Teraz te koncerty mają jeszcze większą moc, jakby czas dodał tym piosenkom jakiegoś emocjonalnego turbodoładowania. Potrafię zaśpiewać wiele, ale nie chcę śpiewać utworów, które nie układają się z moim mózgiem i strunami głosowymi, bo wiem, że nie będę wtedy autentyczna. 20 lat temu, śpiewając piosenki Anity, byłam obrażona, że w ogóle musiałam to robić. Nie podobały mi się i w ogóle ich nie rozumiałam, byłam też zuchwałym młodzieńcem i wydawało mi się, że świat kręci się tylko wokół mnie. Potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć, co ten zespół zrobił w tym kraju i jaką wartość ma ten repertuar. Dzisiaj, kiedy wychodzę na scenę, śpiewam też piosenki poprzednich dziewczyn, ale musiałam w nich znaleźć jakiś haczyk, coś co mnie za nimi pociągnie, albo linia melodyczna, albo wiarygodna treść układająca się ze mną.

Powiedziałaś dzisiaj, że będąc jeszcze w Varius Manx, myślałaś, że to pasmo sukcesów jest nieskończone. Jednak swoją solową karierę budowałaś od początku zupełnie inaczej, nie wskoczyłaś w komercję. To była świadoma decyzja czy po prostu efekt tego o czym wspomniałaś wcześniej – że te czasy dla muzyki trochę się zmieniły i funkcjonowanie w branży nie było już tak proste?

Czasy to jedno. A to, że moje produkcje zostały uznane za niszowe, odbyło się poza moim udziałem. Kiedy siadam do tworzenia, nie myślę o tym, czy ktoś kto kupi, kto się tym zainteresuje i do jakiej grupy docelowej chcę kierować dany utwór. Tworząc, idę wyłącznie za intuicją. Potem, mając gotową muzykę, zaczynam myśleć, jak i gdzie to pokazać, ale to już jest inne terytorium. To może być piękna i twórcza droga, pod warunkiem, że masz właściwy zespół ludzi do współpracy. Moje solowe projekty bardzo dużo mnie nauczyły i pokazały mi, że byłabym świetnym menadżerem, no ale się nie rozdwoję… (śmiech)

Ale na początku twojej solowej kariery na pewno, tak myślę, pojawiali się ludzie, którzy chcieli, żeby Kasia Stankiewicz, teraz już pod swoim szyldem, dalej wypuszczała radiowe przeboje, skrojone pod gusta masowej publiczności?

Tak było. Tylko widzisz, piosenki, które tworzysz, stają się przebojami gdzieś obok nas albo przechodzą niezauważone. Jako artysta mam wpływ na treść, brzmienie, cały kontent płyty, ale już na gusta publiczności i zapotrzebowania w danym momencie, wpływ mam znikomy, jeśli nie żaden. Nie wierzę, że przebój można wykalkulować. W ’96 roku chcieliśmy usunąć z płyty piosenkę „Orła Cień”, bo wydawała nam się jakaś dziwna i niezgrabna. A okazało się, że to właśnie ona uniosła album i ostatecznie sprzedała nas w ponad milionie egzemplarzy. Wynik dziś nie do powtórzenia. Po „Orle” bardzo trudno więc było zrobić coś większego, dlatego mogłam pozwolić sobie na eksperymenty w muzyce i dowiadywanie się przez to o sobie nowych rzeczy. Robić trzeba cały czas, a nuż coś znów się wybije i zwróci uwagę. Dlatego w tekstach, na wszelki wypadek, nadal kręcę się wokół zoologii. (śmiech)

Twoja płyta”Extrapop” dostała dwie szanse wybicia się i zwrócenia na siebie uwagi, bo w 2012 ukazała się jej reedycja. Mam wrażenie, że przypomniała ona trochę młodszym odbiorcom, że zrobiłaś kiedyś fajny popowy krążek i tchnęła w niego drugie życie. Uwielbiam ten album i to dość zabawne, że płyta o takim tytule została uznana za alternatywną.

Czytałam kiedyś ciekawy wywiad z Kylie Minogue. Kiedy spotykała się z Michaelem Hutchencem,  pod jego wpływem nagrała bardzo mroczną płytę, „Impossible Princess”. Ścięła też na krótko włosy, totalnie wywracając do góry nogami swój dotychczasowy image. I ona w tym udzielonym po latach wywiadzie, zapytana o ten epizod, powiedziała, że zdała sobie sprawę z tego, że nikt nie jest w stanie zaakceptować jej mroczniejszego wydania. Mimo, że dla niej samej, to nie był mrok. Niestety, próba flirtu seksownej popowej blondynki, którą wszyscy wciąż w niej widzieli, z niszową muzyką nie przeszła. Kiedy czytałam ten wywiad, nagrywałam właśnie „Extrapop” i delikatnie przeczuwałam, że może być konflikt wizerunkowy, ale jednak zew i ciekawość były silniejsze. I nie żałuję, bo to bardzo dobra płyta i pokazała mi, że potrafię napisać dobry tekst. Zresztą właśnie podczas pracy nad „Extrapopem” dziesiątki godzin przegadałam z Lechem Janerką na temat pisania tekstów. Bardzo dużo się wtedy nauczyłam.

A teraz, przy tej reaktywacji Variusa i nawale obowiązków z nią związanych, masz w ogóle czas, żeby tworzyć dla siebie i szykować jakieś podwaliny pod kolejny solowy projekt?

Jasne, ze mam! Uwielbiam mieć dużo zajęć, bo wtedy mam uczucie, że jestem potrzebna. Mam czas na wszystko, na co chcę mieć czas. Wierzę w konsekwencję i w pracę, nawet, gdy coś się nie nada i za chwilę to wyrzucę do kosza, to i tak będą to jakieś filary kolejnej rzeczy, kolejnego utworu, więc… siedzę i tak, robię następną płytę.

W jakie rejony muzyczne chcesz tym razem popłynąć? Bo z naszej rozmowy wynika, że chcesz dalej eksperymentować.

Ja bym chciała żeby ta płyta mówiła sama za siebie, nie ja za nią i to jeszcze w chwili, gdy jej nie ma.

Rozumiem. W takim razie porozmawiajmy chwilę o show-biznesie, bo to moja działka i mam wrażenie, że twoje artystyczne decyzje niosły też za sobą takie zamknięcie się na media. Przez dłuższy czas było cię po prostu w nich mało, a teraz trochę bardziej się na to otworzyłaś. To jest jakaś forma kompromisu czy zrozumiałaś po prostu, że jako artystka nie możesz cały czas funkcjonować w takiej medialnej piwnicy?

Wiesz co, tak zwany show biznes jest śmieszny. Idę na otwarcie sklepu z ubraniami, a oni piszą, że „Kasia wreszcie na salonach!”. Łażę już jakiś czas na te niektóre ścianki, a tu od kilku już lat powtarzający się wątek pt. „Dawno niewidziana Kasia Stankiewicz” etc. Na początku człowiek się tym zajmuje, czy dobrze wygląda, czy włos na lewo, nie na prawo, czy gęba się nie świeci. Potem dochodzi do wniosku, że jednak najfajniej jest w spokoju zjeść obiad z rodziną i upajać się widokiem twojego dziecka, słuchaniem jego kolejnych zaskakujących wniosków, czy też zwyczajne wtulanie się w ramię twojego ukochanego i słuchanie, jak stuka mu serduszko. To jest ważne, a nie jakieś tam show-biznesy, gdzie jednego dnia ludzie piją z tobą likłidy, a drugiego, gdy mają ten swój show-biznesowy szczyt, udają, że cię nie znają, bo jesteś za mało atrakcyjny, by się z tobą witać w “towarzystwie”. Mnie kręci człowiek, a nie jego metki i znajomości. Chodzę tam, gdzie czuję wartość lub gdzie mam ludzi, z którymi współpracuję lub zamierzam i z którymi zwyczajnie, po ludzku się lubimy.

Miałaś okazję obserwować tę całą przemianę mediów, to jak rodził się ten show-biznes i myślę, że w latach 90-tych ta branża funkcjonowała pewnie na innych zasadach. Podoba ci się, w jaką stronę to poszło?

Jest mi zwyczajnie smutno, gdy trafia do mnie rykoszetem jakiś medialny odłam. Ty możesz nie pamiętać tych czasów, ale dla mnie np. czołówka programu „Sonda” z lat 80-tych, jego zawartość, „Pegaz”, czy sobotnio-niedzielne przedstawienia teatralne dla dzieci w telewizji publicznej, to są rzeczy, które dziś by nie przeszły. Mam przeogromną potrzebę usłyszenia jakiegoś autorytetu w strefie publicznej, kogoś, kto przemówi pięknym polskim językiem, z szacunkiem do siebie i do innych, z luzem, żartem, jak niegdyś robił to profesor Bartoszewski, jeszcze niedawno Głowacki i jego koledzy. Jest mi smutno, bo nikt do mnie nie mówi, jesteśmy jak pogubione w przestrzeni elementy bez spoiwa. Zresztą, napisałam o tym piosenkę na ostatnią wspólną płytę z Variusami „Ent”. Piosenka nazywa się „Ballada” i tam wymyśliłam sformułowanie „przywódca much”. Muchy są obrzydliwe i gdyby przyjąć, że miałyby przywódcę, zakładam, że byłby obrzydliwy, jak to przywódca. I teraz, ja w tej piosence zwracam się do wrażliwego człowieka, któremu trudno odnaleźć się w dzisiejszych realiach, ma swój piękny, wrażliwy, wartościowy świat, który po wyjściu z domu, miesza się z rzeczywistością, a ta jaka jest, każdy widzi. Więc ten przywódca much był dla mnie idealnym sformułowaniem na rzeczy, które dzieją się za oknem bez naszej woli i są zwyczajnie nieładne.

Pamiętam pierwsze wywiady po reaktywacji Variusa, kiedy to zainteresowanie medialne było bardzo silne. Po kilku naszych rozmowach wtedy, kiedy pracowałem jeszcze jako dziennikarz „Faktu”, sprawiałaś wrażenie osoby, która wobec mediów przyjmuje dość defensywną pozycję.

Tak samo wtedy, jak i zawsze, uważałam, że moje teksty i muzyka mówią za mnie wszystko. Kiedy udzielam wywiadów, często czuję się niezręcznie i nieatrakcyjnie, bo mam przemyślane rzeczy, a ludzie tego nie lubią. Zostawałoby udawanie, a tego nie znoszę, więc mówię, co myślę, a taka postawa najczęściej spotyka się z niezrozumieniem. Stąd zapewne wrażenie dystansu, ale jednak to nie jest czarno-białe. Przychodzą też rozmówcy świetnie przygotowani, z przesłuchanym materiałem przed wywiadem, wnioskami i zaczyna się dialog. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, uwielbiam ich poznawać, więc zapraszam. Ale niezbyt zręcznie czuję się w sytuacji w stylu: podchodzi do mnie pan i mówi, że na zapas nagra różne moje wypowiedzi i tu padają pytania – śpisz na prawym czy na lewym boku, łapiesz muchy łapką czy na lep, ile masz butów w garderobie. Nie mam garderoby i nie jestem osobą, która lubi zakupy. Więc sam widzisz, jestem nieatrakcyjna. (śmiech)

Ale były momenty w twojej karierze, w której tabloidy były w stanie wygrzebać coś, co czyniło cię dla nich atrakcyjną. Po premierze teledysku „Schyłek lata”, w którym partnerowała ci kobieta, na tapet wzięto twoją seksualność.

Jestem nudna dla tabloidów, ale kiedy ktoś tam czasami sobie o mnie przypomni i widzi, że nie ma o czym napisać, ale chce jakoś mi d*****, to szpera, gmera i wymyśli jakiś kwiatek. Wtedy byłam „les” i „ano”.

A to były czasy, w których plotki o czyjejś bi czy homoseksualności były formowane w jakiś rodzaj zarzutu czy wręcz oskarżenia. Pamiętam, że niewiele sobie z tego robiłaś – ani nie byłaś oburzona tymi insynuacjami, ani też nie czułaś się wywołana do tablicy, żeby coś prostować i deklarować. To było super!

Żyjemy w czasach, w których chociażby Madonna w kwestii tabu, przekraczania granic i prowokacji zrobiła absolutnie wszystko. Więc skandal, że Stankiewicz leży na plaży i obok niej jest, jak się domyślamy, kobieta, jest po prostu jakimś żartem. Robiąc ten klip, w ogóle nie spodziewałam się, że zostanie to tak odebrane. Miałam bana we wszystkich telewizjach, a stacja, która wzięła patronat nad płytą… wycofała się. Powiedzieli, że nie będą promować homoseksualnej twórczości, że to jest papieska telewizja i to po prostu nie przejdzie. Kazali nam przemontować klip i usunąć moment, w którym przewracamy się z tą dziewczyną i widać delikatny zarys piersi. Pomyślałam okej, zróbmy to w imię tego, żeby ludzie się w ogóle o tej płycie dowiedzieli. I co się okazało? Puścili jakiś fragment tego klipu zaledwie raz i on już potem nigdy więcej na ich antenie się nie pojawił. Mam świadomość miejsca, w którym żyję, nie zrezygnuję jednak z autentyczności. Przy czym nie będę komentować tego, jakim stworzeniem jestem – hetero, homo, sromo, bi czy pierdi, bo to jest moja osobista sprawa. Akurat w tamtym momencie do wyrażenia siebie w sztuce potrzebna mi była taka estetyka. A w kwestii orientacji seksualnych, miłość, chuć, czy cokolwiek, nie rozróżnia płci. Nie powinno być istotą to, czy ktoś sypia z osobą tej samej płci, czy z żyrafą. Ważne, jakim jest człowiekiem.

Jak myślisz, jak taki klip byłby odebrany teraz? Nie chciałabyś czasem zrestartować niektórych pozycji ze swojej dyskografii, żeby dać im drugą szansę?

Nie chciałabym, bo mam już inne rzeczy do zrobienia. Myślę, że jesteśmy dużo mniej tolerancyjni i bardziej przewrażliwieni niż dekadę temu. Popatrz na Maanam, Lady Pank czy Ciechowskiego z lat 80-tych. Oni byli jak rockmeni ze świata, tam już się wszystko wydarzyło. Dziś to już tylko popłuczyny. Nikt nie ma jaj, żeby mówić co myśli, każdy chce mieć hit lata i być Justinem Bieberem. No dobra, nie każdy, ale i tak doświadczamy końca świata. (śmiech)

Skoro o tym show-biznesie już rozmawiamy, to bardzo ciekawią mnie twoje doświadczenia z „Tańcem z gwiazdami”. Bo to jest taki program, który bardzo mocno bazuje na ekshibicjonizmie występujących tam ludzi. Ty sporo zdradzasz o sobie, ale w swojej sztuce, nie w wywiadach. Oglądałem całą edycję z twoim udziałem i nie uważam, żebyś zdradziła tam swoje ideały, ale zastanawia mnie, jak to wyglądało za kulisami.

Nikt nie kazał mi tam iść. To była moja decyzja, która, ostatecznie, uważam była bardzo dobra. Doświadczenie było kosmiczne, bo jednak z niszy wpaść prosto do „Tańca z gwiazdami” to nie jest sytuacja codzienna. Pomyślałam sobie, że z jakiegoś powodu to się przytrafia. Weszłam w to, naiwnie wierząc, że spełnię swoje dziecięce marzenie o tańcu. Szybko zorientowałam się, że ten program ma niewiele z tańcem wspólnego, ale przygoda była przednia. Dzisiaj wiem, dlaczego mi się ten program przytrafił i na pewno kluczowa była rozmowa z producentkami, które powiedziały mi, że każda dziewczyna wychodząca z tego programu jest zadowolona z tego, co stało się z jej ciałem i jak mentalnie się otworzyła. I rzeczywiście, miały rację. Przez wiele lat byłam dość mocno zakompleksionym dziewczęciem, zupełnie nie wierzyłam w swoje atuty i umiejętności. „Taniec z gwiazdami” pozwolił mi przełamać moje myślenie na temat kobiecości, mojej kobiecości, i wprowadził mnie na ścieżkę, która bardzo mi się spodobała, a którą znałam do tej pory tylko z filmów i książek. Ścieżkę pokazującą siłę kobiecości.

Twój udział w „TzG” był też sygnałem dla rynku, że okej, Kasia Stankiewicz wchodzi jedną nogą do mainstreamu i co dalej? Kolejne programy, sesje? To pobudziło jakieś inne propozycje, których ostatecznie nie przyjęłaś?

Ależ tak, przychodzą propozycje z różnych programów i pewnych gazet, które chcą, bym się dla nich rozebrała, ale… jak dotąd nie było ich na mnie stać. (śmiech)

Wyłania mi się z tej rozmowy obraz kogoś, kto niczego nie wyklucza. To chyba fajny i bardzo ekscytujący stan?

Lubię to, że mam odwagę robić to, na co mam ochotę. Jest mi dobrze, bo widzę, że wszystko najlepsze jest zawsze przede mną. Wiem, że dopiero teraz czeka mnie bardzo ważna wypowiedź w sztuce i to nie jedna! Zapraszam wszystkich do cudownych współprac i tworzenia wspaniałych projektów. Chciałabym być bardziej eksploatowana jako artystka. Czas ucieka, trzeba robić fajne rzeczy i dużo się śmiać. Polecam, Katarzyna Stankiewicz. (śmiech)

PS. Pamiątkowe zdjęcie po wywiadzie wprawdzie nie wpisuje się w kanon uroczych selfie, ale za to ile frajdy podczas pozowania! 😉

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here