Kto tak wymiata? Kozidrak Beata! Recenzja koncertu „Bingo”

4

 

O moim niekończącym się uwielbieniu do Beaty Kozidrak mógłbym opowiadać godzinami. Wyraz swojej miłości do niej dałem już w jednej z poprzednich notek. Prawdziwym ukoronowaniem uczucia fana do idola jednak jest spotkanie na koncercie, a splot szczęśliwych okoliczności sprawił, że gwiazda wystartowała właśnie z trasą koncertową „Bingo”, a premierowy występ odbył się 14 lutego na warszawskim Torwarze. Dla osoby samotnej Walentynki + Beata daje jeden wynik: IDĘ!

Bogactwo dyskografii Kozidrak pozwala przygotować jej blisko dwugodzinny koncert, podczas którego publiczność zna co do jednego słowa każdy utwór. To fenomen i niewiele jest w Polsce gwiazd, które mogą pochwalić się komfortem niezaśpiewania kilku swoich szlagierów. W niedzielny wieczór w setliście zabrakło m.in. „Szklanki Wody” czy „Lola, Lola”, ale czy ktoś narzekał? Nie. Było przecież kilkanaście innych przebojów, które były i, co najbardziej zaskakujące, wciąż są soundtrackiem wielu pokoleń. Wśród publiczności dało się zobaczyć przekrój całego społeczeństwa: z przodu oczywiście rozentuzjazmowane pedały, kolorowe dziewczyny i dzieciaki. Nieco z tyłu ich rodzice, a nawet dziadkowie. Śpiewali i tańczyli wszyscy.

Dla samej Beaty czas się zatrzymał. Oczywiście, na twarzy próżno szukać świeżości 20-latki, ale ta babka wciąż bryka po scenie z wigorem i szaleństwem, którym popisywała się na początku swojej kariery. Dla jednych może to być groteskowy widok i ktoś powie: stara baba w tiulowej spódniczce udaje nastolatkę i podskakuje jak małolata, popiskując i śmiejąc się do rozpuku. Ja nie mam nic przeciwko. Widać, że scena to miejsce, w którym może być absolutnie sobą, nie ma tu żadnej maskarady. Jest po prostu radość, która udziela się wszystkim obecnym. Pewnie, Beata to kicz i królowa festynu, ale skoro to takie złe, dlaczego wciąż chcemy się z nią bawić? Byłem na Torwarze na kilku biletowanych koncertach i śmiem twierdzić, że frekwencja rzadko dopisywała tak, jak na recitalu pani Kozidrak. A przecież bilety do najtańszych nie należały, bo trzeba było wyskoczyć ze stówki, żeby mieć dobry ogląd na jej różowe futro i kabaretki.

Żarty żartami, ale „Bingo Tour” to produkcja na poziomie również pod względem technicznym. Do każdego utworu przygotowano wizualizacje. W momentach, gdy Beata schodzi ze sceny zmienić kozaki, na ekranach lecą specjalne wideo albo publiczność zabawiają chórzystki odśpiewujące covery zagranicznych hitów. Nie ma lipy! Aranżacje utworów są delikatnie unowocześnione, ale zachowano ich oryginalny klimat. Nie wiem jak wy, ale mnie wizja techno remiksu „Ta Sama Chwila” nie jara specjalnie. I Beata dobrze o tym wie!

Ostatecznie jednak największą siłą koncertu jest sama Beata – jej prostota i szczerość. Na finał zaśpiewała chyba ze cztery razy swój nowy singiel „Bingo”, fundując publiczności niekończący się bis. Ta w rewanżu towarzyszyła swojej idolce w każdym wersie i refrenie. „Jaram się, jak tak ze mną śpiewacie. Chyba będzie hit!” – cieszyła się. No kurwa, Beata. Pewnie, że będzie!

fot. Michał Pańszczyk

_G8A7426 _G8A7604 _G8A7717 _G8A7832 _G8A7859 _G8A8085 _G8A8516 _G8A8618 _G8A8633 _G8A8863 _G8A9181

4 KOMENTARZE

  1. Rewelacyjna kobieta! Pamiętam koncert w Lublinie, dzień przed jej 50tymi urodzinami. Zgromadziło się na nim chyba pół tego miasta. „Rzeka marzeń” i las rąk bujających się w rytm tej ballady – coś cudownego. Nigdy nie zapomnę! A jak tylko znów zdarzy się okazja, żeby ją zobaczyć – nie odpuszczę! Beata <3

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here