Kylie każe gejom zakładać kowbojki. Recenzja albumu „Golden”

1

Kylie Minogue była w ostatnich latach ostatnią ostoją gejów. Podczas gdy inne wokalistki zdradzały pop i muzykę taneczną z innymi gatunkami, ona zawsze stała na straży tego, żeby tęczowe tancerki miały przy czym wycierać tyłkiem parkiet. Nie zawsze kończyło się to artystycznym sukcesem, bo po świetnej „Aphrodite” z 2010, kolejny krążek „Kiss Me Once” już nie zaskakiwał i na tle innych jej płyt wypadał po prostu bezpłciowo. Ot, kolejna płyta Kylie. W końcu i sama zainteresowana postanowiła zaszaleć, ale już tak na grubo, bo biorąc się za największy koszmar społeczności homoseksualnej, prześladujący ją od czasu premiery „Joanne” Lady Gagi czyli muzykę country.
 
Nie ukrywam, że nie bardzo mnie ta wiadomość podekscytowała i z wywiadów gwiazdy starałem się wygrzebywać te fragmenty, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że w stylu country będzie najwyżej kilka utworów, a reszta to już NORMALNA muza. Pierwszy singiel „Dancing” nieco ostudził moje obawy, bo okazało się, że Kylie nie będzie drag queen Dolly Parton, a po prostu te country kowbojki posypie swoim brokatem, a w jej interpretacji Nashville jego mieszkańcy biegają z małymi piórkami w tyłku. Uff!
 
Wbrew moim nadziejom, „Golden” to w całości płyta country, artystka nie poszła tu na żadne ustępstwa i stworzyła prawdziwy koncept-album, co jest sporym ryzykiem, bo albo kupuje się go w całości, albo można w nieskończoność wygrzebywać pojedyncze utwory, które przypadną nam do gustu. Pełen obaw przesłuchałem go kilkukrotnie, ale z każdym podejściem smakował lepiej, głównie dlatego, że Kylie zrobiła country po swojemu. Jest skocznie, tanecznie, jest ten wspomniany brokat i będzie do czego kręcić dupką. Nie brakuje zawodzenia w stylu klasycznego country, które samo w sobie jest dość przerysowane, ale w wydaniu małej Australijki wypada to zjadliwie. To jest chyba ta różnica między „Golden” a „Joanne” – Lady Gaga wcieliła się w rolę piosenkarki country, co dla mnie było zbyt teatralne i nie do przejścia. Kylie z kolei to opcja na laskę, która pojechała do Teksasu nagrać płytę dance, ale tak bardzo spodobały jej się tamtejsze rytmy, że lekko nawalona postanowiła to wszystko wymieszać i wyszło zaskakująco zgrabnie. Choć wiadomo, charakterystyczne brzmienie tej gitarki może po jakimś czasie męczyć, ale jest to do przejścia.
 
Jednak największą siłą tej płyty jest to, że brzmi ona bardzo personalnie. Nie wiem co jest takiego w country, co wydobyło w piosenkarce spowiednicze tendencje, ale rzeczywiście, na tle poprzednich krążków teksty i cała narracja wypadają bardzo prawdziwie i szczerze, a to z kolei zasługa tego, że Kylie jest współautorką praktycznie każdego z nich. I to jest kierunek, który powinna trzymać, niezależnie od oprawy, którą wybierze sobie na kolejne muzyczne wojaże.
 
Jeśli miałbym wskazywać najlepsze moim zdaniem i uchem kawałki to oprócz singlowego „Dancing”, jest jeszcze kilku kandydatów w postaci „Raining Glitter” (brzmi jak prysznic w wykonaniu Mariah Carey), „Music’s Too Sad Without You”, tytułowe „Golden” czy „Lost Without You”. Także tak, ja zakładam kowbojki i idę tańcować!
 

 

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here