One night in Paris: Dzieciaki ze Stranger Things, tęczowa dzielnica i wielkie piękno

00

Krótka relacja z mojego sierpniowego wypadu do Amsterdamu została przyjęta na tyle ciepło, że znów pobawię się w homocejrowskiego (ale w ładnych butach) i tym razem podzielę się wrażeniami z szybkiego wypadu do Paryża. Zanim jednak o tym jak do tego wyjazdu doszło, po co i dlaczego, chciałbym szybko nakreślić swój stosunek emocjonalny do tego miasta. A jest on taki: KOCHAM PARYŻ! Uprzedzam też, że wmontowałem w tekst mało subtelny product placement, więc bądźcie czujni pod koniec. Musiałem, bo jak głosi stare show-biznesowe powiedzenie – bartery nie zrobią się same.

Wszystko zaczęło się prawie siedem lat temu, gdy wybrałem się tam z moimi przyjaciółmi: Michałem i Anitą. Była to wyprawa życia, bo jako biedni studenci nie wzięliśmy ze sobą za dużo pieniędzy, ale za to ogromną chęć przeżycia przygody. Taki trochę Paryż Express, ale bez spania w kurniku. Dodam tylko, że miałem wówczas lat 20, nosiłem szerokie dżinsy i do tamtej pory miałem tylko jednego partnera seksualnego na koncie, co sprawiało, że o życiu wiedziałem tyle co nic, a największym szaleństwem była kradzież majonezu ze wspólnej lodówki w hostelu. Być może to właśnie ta niewinność sprawiła, że z paryskiej wycieczki wróciłem zakochany, pełen werwy do nauki francuskiego i z wyraźnym postanowieniem, że chcę tam zamieszkać, bo to po prostu miasto moich marzeń. Urzekli mnie ludzie, architektura, wspaniałe muzea, jakiś taki duch niesamowitej historii unoszący się w powietrzu, wino, bagietki… WSZYSTKO.

Niestety, plany te wzięły w łeb, koleje losu zaprowadziły mnie do Warszawy, a nauka francuskiego… No, powiedzmy, że przybrała inną formę niż pierwotnie zakładałem. O Paryżu jednak wciąż skrycie marzyłem i w sumie sam nie wiem, dlaczego do kolejnej wizyty nie doszło. Zrzućmy to na ciągłe zajętości i nieumiejętne gospodarowanie budżetem. W końcu jednak los się do mnie uśmiechnął i postanowił zaserwować mi najlepsze połączenie przyjemnego z pożytecznym czyli zawodowy wypad do Paryża właśnie. Zawodowy, bo moją misją numer jeden był wywiad z dzieciakami z serialu „Stranger Things”, który bije obecnie rekordy popularności i jest największą chlubą Netflixa, na którego zaproszenie tam pojechałem. Więcej o rozmowie za chwilę, dajcie mi jeszcze popodniecać się tym Paryżem.

Mam to szczęście, że moi znajomi są porozrzucani po całym świecie i zawsze służą mi towarzystwem, gdy do nich w końcu zawitam. Poza tym, lubię oglądać nieznane mi miejsca oczami ludzi, którzy w nich mieszkają, bo to dużo ciekawsze niż podążanie typowo turystycznymi szlakami. W Paryżu jako pierwszy przywitał mnie Michał Kwiatkowski, a jako, że trochę mnie zna, to od razu zabrał mnie do szalonej dzielnicy gejowskiej Le Marais. I to w wielkim stylu, bo skuterem i to jest powiem wam szał cipy na 102. Przejażdżka ulicami miasta pozwala zobaczyć je z zupełnie innej perspektywy i to jest taki czad, że od tej pory już nie chcę zwiedzać inaczej! Niektórzy z was może pamiętają, że byłem nieco rozczarowany tęczową ulicą w Amsterdamie. Na szczęście, tego samego nie mogę powiedzieć o paryskim odpowiedniku. Na dzień dobry zawitaliśmy do baru „Tata Burger”, w którym pod przeźroczystymi blatami stolików leżały fikuśne majty, jocksy i inne gadżety, dzięki którym sformułowanie „eating out” nabierało jedynego słusznego znaczenia. Strzeliłem też fotkę menu, bo niektóre pozycje mnie rozbroiły. Podczas konsumpcji burgera „L’Hetero Classic” zauważyłem, że po drugiej stronie ulicy jest cukiernia „Legay Choc” i mój zepsuty umysł (nadrobiłem marną statystykę z drugiego akapitu z nawiązką) już doskonale wiedział, co tam się będzie działo. Bułeczki, ciastka, rogaliki, czekoladki… wszystko w kształcie fallusów! Jako entuzjasta  jednego i drugiego byłem w niebie, choć z uwagi na postępującą otyłość brzuszną, musiałem zadowolić się jedynie patrzeniem jak ciasteczkowe kutasy wędrują do ust obcych ludzi. Smutek!

Na Le Marais wróciłem jeszcze wieczorem z kolegą Filipem w celu upolowania tanich drinków i to co się tam działo, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pedał ścielił się gęsto na każdym rogu i chyba ostatni raz widziałem tylu homoseksualistów w jednym miejscu na koncercie Madonny na Stadionie Olimpijskim w Berlinie, który pomieścił prawie 50 tysięcy osób. Wszędzie kolesie, choć typ raczej 30+, koszulki bez rękawów, zbereźna bródka, jakiś skórzany spodzień i tak dalej. Skłoniło mnie to do głębszej refleksji (nie, nie takiej) i to chyba trochę znak czasów, że takie miejsca w głównej mierze przyciągają sekcję vintage. Młodzi nie bardzo chcą się zamykać w gettach, raczej obca im konieczność ukrywania się, mogą się już przecież swobodnie bawić wszędzie, bez podziałów na hetero i resztę. Tak czy siak, było bardzo miło i wyhaczyliśmy nawet lokal z mega smacznymi hot-dogami, który znajdował się tuż obok takiego gejowskiego klubu z prawdziwego zdarzenia. Nie było kolejki, ale nic dziwnego – w piątkowy wieczór myśli się o innych parówkach.

Mając świadomość, że moja wycieczka trwa tylko jeden dzień, w sobotni poranek zerwałem się skoro świt (dla mnie to 9 rano) i wyruszyłem na zwiedzanie miasta z Magdą Ławniczak, piekielnie zdolną polską fotografką, która od jakiegoś czasu mieszka i pracuje w Paryżu. Przed jej obiektywem stał już m.in. Baptiste Giabiconi, więc nie mam pytań. Magda porwała mnie na wycieczkę po Saint Germain, zaliczyliśmy też Ogród Luksemburski i kawiarnię Cafe de Flore. Niby największe wrażenie w tym mieście robi niesamowita przestrzeń, zabytki i piękna architektura, ale mimo wszystko, magia Paryża tkwi chyba w ludziach. I nie mówię tu tylko o przystojnych facetach, bo fakt, kolesie cappuccino wyskakują zza każdej uliczki, ale tutaj każdy, niezależnie od wieku, ma w sobie coś, co przyciąga. Starsze babeczki z perłami na szyi, ubrane w piękne płaszcze, uczesane, na ustach szminka. Celebrują siebie i to jest piękne! W Polsce przekroczenie pewnego wieku wiążę się nieodłącznie z jakimś takim smutkiem, byciem babcią w szarym płaszczu. Nie jest to kwestia tylko pieniędzy, bo paryskie emerytki nie śmigają w Guccim, a ich kreacje są często ewidentnie nadgryzione zębem czasu. Na pewno też mają zmartwienia podobne do polskich koleżanek i rzeczy ważniejsze niż strojenie się na wizytę u lekarza, bo coś w kręgosłupie je łypie. Każdego łypie tak samo, ale może tam kobiety po prostu nie zapominają o sobie, mimo wszystko. Może w takim krzykliwym różowym płaszczu jest jakaś radość? Jestem o tym wręcz przekonany.

Tyle o Paryżu, czas na małych bohaterów mojego wywiadu. Miałem przyjemność porozmawiać z dwójką bohaterów „Stranger Things” – Gatenem Matarazzo i Calebem McLaughlinem. Nie ukrywam, że przed spotkaniem miałem swoje obawy, bo chłopcy mają ledwie 14 i 12 lat, a wywiadów z dziećmi jeszcze nie przeprowadzałem. Jest to jakieś wyzwanie, bo oprócz spraw zawodowych, nie zapytasz przecież dzieciaków o aktualną sytuację polityczną w USA, lęki przed islamizacją Europy czy prawo aborcyjne w Polsce. Wywiad prasowy, w przeciwieństwie do tego wideo, skraca też listę o pytania i interakcje, które fajnie wyglądałyby w kamerze,  a niekoniecznie będą do pokazania na papierze/w tekście. Na szczęście, trafili mi się fantastyczni rozmówcy. Amerykanie wysysają to chyba z mlekiem matki – są profesjonalni, skorzy do żartów i przede wszystkim doskonale wiedzą, po co to wszystko. Mamy 10 minut i wyciskamy tę pomarańczkę do końca. Zawrotne kariery bardzo młodych aktorów prowokują często do, bardzo zasadnego skądinąd, pytania, czy show-biznes nie zabiera im dzieciństwa. O tym przekonamy się za kilka, kilkanaście lat, ale póki co, Caleb i Gaten sprawiają wrażenie normalnych i fajnych dzieciaków, nie zepsutych jeszcze pierwszą falą ogromnego sukcesu, która uderzyła w nich w ostatnich tygodniach. Efekty naszej rozmowy są już dostępne na WP.PL (klik!), więc czytajcie, komentujcie i dajcie znać, czy spoko i w ogóle.

Krótka, acz intensywna wizytacja Paryża sprawiła, że tylko utwierdziłem się w miłości do tego miasta. Paryż zachwyca i inspiruje. Mnie zainspirował np. do zestawienia niebieskich rurek z białym t-shirtem i beżową kurteczką marki Levi’s. Haha, uprzedzałem! Pstryknąłem sporo zdjęć, które, mam nadzieję, dobrze rezonują z tekstem. Skoro moja ostatnia wycieczka tam skończyła się deklaracją, to niech teraz będzie podobnie: Paryżuuuu, niedługo wracam. Tymczasem, za ten cudowny wyjazd dziękuję mojej firmie, Netflixowi, bogu oraz Michałowi, Filipowi i Magdzie za poświęcony czas i atrakcje. Bisous!

PS. Na ostatnim zdjęciu wybieliłem sobie trochę zęby, bo niestety, ale jeszcze mam swoje, a w dodatku nie przewidziałem, że w konfrontacji z nieskazitelną bielą bluzki może to wyglądać mało hollywoodzko. Don’t judge me.

0 1 2 3 4 5 6 6a 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 19 20 21 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 41 42 43 45 46 47 48 49 50 52 54 65 64 66 60 61 62 63

7 Comments on “One night in Paris: Dzieciaki ze Stranger Things, tęczowa dzielnica i wielkie piękno

  1. uważam że powinieneś mieć swój program w tv w którym byś podróżował po gejowskich dzielnicach różnych miast <3

  2. Rzeczywiście Paryż ma w sobie jakąś magię, która przyciąga i ciągle się chce do niego wracać. 🙂

    Mega relacja, jak zwykle się uśmiałem, także w pracy na pewno wiedzą, że nie pracuje… 😀

    • dziękuję 🙂 a Paryż to czysta magia, chciałbym tam kiedyś jechać na dłużej 🙂

  3. Uwielbiam Twoje posty:) relacja z podróży bardzo interesująca!
    I zgadzam się jakiś program w TV dla Ciebie to super pomysł 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *