To ona stoi za sukcesem popularnych seriali. „Polski widz nie jest głupi!” – wywiad z Dorotą Kośmicką-Gacke

4

Seriale telewizyjne to przede wszystkim znane twarze – pochwalne peany po wysokich wynikach oglądalności, ale też i bury za medialne fiasko, spadają w pierwszej kolejności na aktorów. Mało jednak mówi się o ludziach, którzy de facto stoją za sukcesami tych produkcji i niejako decydują o tym, co oglądają codziennie miliony Polaków. Dlatego też na konferencji prasowej drugiego sezonu serialu „Diagnoza” postanowiłem porozmawiać nie z obsadą, a jego producentką, Dorotą Kośmicką-Gacke. Ta uśmiechnięta blondynka to prawdziwa power woman polskiej telewizji – na swoim koncie ma mnóstwo hitowych produkcji, m.in. „Kasię i Tomka”, „Rodzinkę.pl” czy „Drugą Szansę”. Czasu na rozmowę nie było może zbyt dużo, ale z takim rozmówcą nawet kilka minut może być bardzo owocne… Zapraszam do lektury!
 
grabari.pl: Zrobienie dobrego serialu w Polsce nie jest łatwe. Dobrego czyli takiego, który utrzyma się dłużej niż jeden sezon, a jego historia wciągnie widzów. Przekonał się o tym nawet TVN, który od kilku lat odnosił połowiczne sukcesy na tym polu i każdej produkcji, która zdołała się utrzymać, towarzyszyła inna, spadająca z anteny od razu po debiucie. Tego zdecydowanie nie można powiedzieć o serialach, które wychodzą spod Pani ręki i teraz do ich grona dołączyła „Diagnoza”. Może zabrzmi to banalnie, ale… jak to się robi?
 
Dorota Kośmicka-Gacke: Tak jak pan powiedział, to nie jest łatwe i trwa latami. Od pomysłu do realizacji zwykle mija około dwa lat, a czasami nawet dłużej. Seriale to właściwie 90% mojego życia – począwszy od „Niani”, która była formatem, przez „Rodzinkę.pl” również będącą formatem, do dzisiaj kontynuowanym przez TVP z innym składem producenckim czy „Drugą Szansę”, którą miałam przyjemność produkować dla TVN i wspólnie z Grupą ATM odnieść sukces z tym tytułem, choć pewnie nieporównywalny z tym z udziałem „Diagnozy”, ale wciąż mówimy o produkcji, która przyciągnęła widzów, a oni pokochali jej bohaterów. Sama „Diagnoza” natomiast jest specyficznym projektem, bo zaryzykowaliśmy i spróbowaliśmy bardzo nietypowej rzeczy – połączyliśmy kilka gatunków, czego zwykle się w telewizji nie robi, a jeśli już robi to to po prostu nie wychodzi. Nie jest to ani serial medyczny, ani kryminalny, ani obyczajowy. Jest to historia opowiadana fabularnie z bardzo trudnymi figurami dramaturgicznymi i retrospekcjami, dość skomplikowana w odbiorze i niestarająca się przypodobać widzowi. Grają aktorzy, którzy nie są gwiazdami serialowych rozdań ostatnich lat, ale swoje życie zawodowe budują raczej w kinie i teatrze, jak Łukasz Simlat, Adam Woronowicz czy Michał Czernecki. Najlepszym przykładem ryzyka jest jednak Maja Ostaszewska, bo to aktorka, która w momencie, gdy zaproponowałam jej przeczytanie pierwszego odcinka „Diagnozy”, wracała właśnie z Berlina z nagrodą za „Body/Ciało” i byłam pewna, że mając przecież zaplanowanych dziewięć fabuł na najbliższych kilka lat, do tego grając cały czas w teatrze, po prostu mi podziękuje. Pomyślałam wręcz, że moja propozycja jest trochę nie na miejscu, a jednak scenariusz bardzo się jej spodobał. Byłam oczywiście z tego powodu bardzo szczęśliwa, bo od początku wiedziałam, że Maja jest aktorką, która, może zabrzmi to brutalnie, najlepiej „sprzeda” ideę Anny L. To taka bohaterka, którą lubimy, ale nie bardzo wiemy za co, bo przecież w ogóle niewiele o niej wiemy i mimo tego, że jesteśmy już po pierwszym sezonie to tych niewiadomych wokół jej postaci wciąż jest dość dużo. Naprawdę, ta produkcja zmienia trochę w moim mniemaniu stereotyp seriali dostępnych w ogólnopolskiej telewizji i to jest dla mnie najważniejsze.
 
Sukces „Diagnozy” jest też jakimś dowodem na to, że nie jest koniecznością zatrudnianie całej plejady gwiazd, żeby przyciągnąć widzów? Bo nawet Maja Ostaszewska, która jest bezsprzecznie jedną z najlepszych polskich aktorek, nie miała do tej pory na swoim koncie serialu, który jako medialne nazwisko musiała dźwigać tylko na własnych barkach i jej wybór, mimo wszystko, nie wydawał się oczywisty.
 
Obsada musi być przede wszystkim ciekawa. Między aktorami musi być chemia, a oni sami powinni powinni być zaintrygowani tym co mają do zagrania i w taki też sposób to sprzedać widzom – intrygujący. I nade wszystko – na planie po prostu dobrze się bawić! Jestem zwolenniczką urozmaiconej obsady, w której, tak jak mówiłam wcześniej, spotykają się ludzie z kina czy z teatru. Nie jestem fanką tych samych twarzy, identycznych układów par i schematów, które do tej pory się sprawdzały i działały, więc koniecznie musimy je powtórzyć. Nie trafia do mnie argument, że jeśli coś odnosiło sukces przez 20 lat, to musimy dalej iść tą drogą. Lubię odkrywać rzeczy może bardziej ekscentryczne i eksperymentalne, bo widz nie jest głupi i ja wierzę w nieprawdopodobny potencjał polskich widzów, którzy nie chcą oglądać w nieskończoność tego samego.
 
Odeszliście też od tego lukrowanego i wyświechtanego już obrazka Warszawy, głównej bohaterki mieszkającej w luksusowym apartamencie i rzeczywistości, która dla przeciętnego odbiorcy jest mało realnym obrazkiem. Osadzenie akcji w Rybniku i to odejście od wszech obecnego luksusu w „Diagnozie” to początek jakiegoś nowego trendu? Jesteśmy już zmęczeni oglądaniem pięknych i bogatych?
 
Zależało nam na tym, żeby zdjęcia, stylizacje i sama historia trzymały się rzeczywistości. Ja nie jestem osobą, która mieszka w apartamencie w Warszawie na 24. piętrze, mam małe mieszkanie na kredyt, mimo że pracuję w telewizji. Ale właśnie dlatego jestem mocno przewrażliwiona na punkcie odrealnienia rzeczywistości w tej telewizji prezentowanej. Jestem temu przeciwna, uważam, że w dzisiejszych czasach jest możliwe opowiedzenie historii w „normalnym” wydaniu. Rybnik jest w „Diagnozie” trochę symbolem czegoś zwykłego, gdzie dzieje się niezwykła historia. Tak jak w życiu! Nie musimy przecież mieszkać w Warszawie, żeby przydarzyły nam się niesamowite rzeczy. Historia ma wciągnąć i być wiarygodna, a lukier obecnie, takie przynajmniej mam wrażenie, sprzedaje się tylko w formatach rozrywkowych, gdzie ludzie oczekuję tej rozrywki właśnie z piórami i pudrem. Tutaj dużo ważniejszy jest realizm i wszystko, łącznie z estetyką, musi być wiarygodne.
 
Na początku naszej rozmowy wspomniała Pani, że bardzo często od momentu pojawienia się pomysłu na serial do jego realizacji mijają lata. Domyślam się, że w tym czasie trendy na rynku telewizyjnym potrafią zmienić się kilka razy, pojawiają się nowi dostawcy etc. Czy te wszystkie tabelki, dane i co chwilę zmieniające się liczby wpływają mocno na produkcję?
 
Rynek i zmiany zachodzące na nim obserwujemy z dnia na dzień. Codziennie analizujemy wyniki oglądalności i badania, które są publikowane każdego dnia, a my już o 9:30 mamy je na biurku, więc wiemy co i kiedy oglądają widzowie, kiedy pojawiają się przed telewizorem, a kiedy raptem znikają. Dzisiaj widz dzieli swój czas między telewizję a internet. Powstają nowe platformy, jak Netflix, Showmax, VOD czy Player i one nie dość, że zabierają nam widza, to jeszcze podnoszą poprzeczkę np. nie mając reklam. Ja produkując jeden odcinek „Diagnozy” muszę pamiętać, że już po kilku minutach wejdzie kilkunastominutowy blok reklamowy, a po kolejnych 20 minutach serialu jeszcze jeden i to równie okazały. Żeby utrzymać widza w paśmie między 21:30 a 23:00, muszę mu dać coś naprawdę mocnego, coś co sprawi, że on po tych reklamach wciąż będzie chciał oglądać nasz serial. Konkurując z takim Netflixem, który reklam nie ma, podnoszę rękawicę w niesprawiedliwej walce. Dzisiaj łatwiej obejrzeć odcinek „Diagnozy” na Playerze niż usiąść przed telewizorem, więc mamy bardzo wiernego widza, a to właśnie zasługa scenarzystów i aktorów.
 
To jeszcze wracając do tematu powtarzania utartych schematów i reaktywowania produkcji skazanych na sukces. Czy jest szansa na to, że „Niania” jeszcze kiedykolwiek wróci? To jeden z tych tytułów, o który widzowie regularnie się upominają.
 
Róbmy nowe! Nie ma sensu wracać do przeszłości, nawet jeśli ten powrót to murowany sukces.
 

4 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here