Doda: Kiedyś zniknę na zawsze… [wywiad dla PRIDE]

1

 

Dokładnie pół roku temu w kioskach ukazał się magazyn PRIDE z Dodą na okładce. W środku zaś można było znaleźć 12 stron wywiadu mojego autorstwa i zdjęć piosenkarki. Nie ukrywam, że to jedna z najlepszych rozmów, jakie udało mi się przeprowadzić w swojej krótkiej dziennikarskiej karierze. Wywiad nie był do tej pory dostępny online, a święta to dobra okazja, aby go przypomnieć!

Pride: Czujesz się wolna?

Doda: Tak! To przede wszystkim kwestia mojego wychowania, kluczowa chyba zresztą dla każdego człowieka. Zostałam wychowana tak, że nie boję się mówić i robić tego, co uważam i czuję. Istotną rolę odegrała też szkoła – społeczna szkoła podstawowa, w której pilnowano, aby pielęgnować indywidualność i stymulować własny tok myślenia, a nie ślepo wkuwać podręczniki. I oczywiście moja praca, która pozwala mi rozwijać szeroko pojęte uczucie wolności (śmiech)

A obecnie co Ci zapewnia takie poczucie?

Na pewno to, że nie ma nade mną szefa, bo ja nim jestem. Że jedyne konsekwencje, które poniosę to to, że będę miała bana w jakiejś tv i to też tylko do czasu, aż zmieni się dyrektor lub panujący obecnie dojdzie do wniosku, że czas porzucić prywatne uprzedzenia i profesjonalnie posłuchać tego, czego chcą widzowie. Ale to dla mnie i tak żadna cena. Zawód muzyka i artysty generuje taki rodzaj niezależności, że nawet najbardziej infantylne rzeczy, które są dla nas sposobem na wyrażenie emocji, potem przekształcają się w naszą sztukę, też stymulują to poczucie wolności. Bo nie musisz siedzieć i klepać pieczątką po raz pięćdziesiąty na papierku w biurze albo wynosić szklanek z gabinetu prezesa, do których i tak plujesz, tylko wymyślasz, że np. tym razem wjedziesz na scenę na kotwicy. I to jest to!

Nazwałabyś Polskę wolnym krajem?

Nie, ponieważ sami sobie jesteśmy kajdanami i strażnikami we własnych więzieniach. A dlaczego tak jest? Bo największym więzieniem dla każdego z nas jest strach przed tym, co pomyślą inni ludzie. I to wszystko zależy od perspektywy. Jest takie zdjęcie, które utkwiło szczególnie w mojej pamięci, przedstawiające dorodnego konia przywiązanego cienkim sznurkiem do plastikowego krzesełka. I ten koń stoi przy nim jak zamurowany, bo nie ma świadomości, że jeden tylko ruch spowodowałby, że to krzesełko poleciałoby za nim. Ludzie mają dokładnie tak samo. Widząc rzeczywistość przez krzywe zwierciadło i ze strachu przed tym jednym krokiem są przez całe życie przywiązani do takiego symbolicznego plastikowego krzesełka

Ty swoją wolność manifestowałaś już od samego początku twojej kariery. Szczególnie jeśli chodzi o eksponowanie seksualności, mówienie o niej. Ludzie byli zszokowani.

To jest bardzo dziwny temat. Paradoks polega na tym, że ja – niby tak wyzwolona seksualnie – będąc nastolatką nie cierpiałam np. grać w butelkę. To było dla mnie coś tak obrzydliwego, że przez znajomych z klasy czy szkoły, dla których to był stały punkt imprez i jakiś tam pierwszy manifest seksualności, zostałam wręcz wykluczona z ich paczek. Czułam się trochę samotna i chyba nawet zacofana pod tym względem. Nie wspominając o tym, że moje pierwsze kontakty z chłopcami też wydarzyły się dużo później. Nie integrowałam się z rówieśnikami dając sobie macać cycki na koloniach. Nie byłam jakaś hej do przodu w tym temacie.

A temat seksu i seksualności w ogóle był w twoim domu poruszany? W Polsce to chyba wciąż dość trudna kwestia, rodzice często wstydzą się o tym rozmawiać, a dzieci czerpią wiedzę z innych źródeł.

My bardzo szybko przełamaliśmy te bariery. Nawet jeśli na początku to kogoś z nas krępowało to nikt nie dawał tego po sobie poznać. Moi rodzice wychodzili z założenia, że będąc moimi przyjaciółmi dowiedzą się dużo więcej i będą mieli nade mną nawet tę prowizoryczną kontrolę, niż gdy będą nadzwyczajnie surowi. I przez to, że byli moimi przyjaciółmi, wiedzieli o moich pierwszych narkotykach, próbowaniu alkoholu, pierwszym współżyciu, o tym, że muszę iść po tabletki antykoncepcyjne i tak dalej. Doszło nawet do tego, że jak uciekałam z domu to moja mama o tym wiedziała i donosiła mi jedzenie (śmiech)

To w takim razie dlaczego uchodzisz u nas za jednostkę wyjątkowo wyzwoloną? To dopiero media przypięły Ci taką łatkę?

To się zaczęło już w Ciechanowie. Nawet mój kolega Dżaga mówi, że jak Doda, szła ulicą to wszyscy się oglądali. Jak możesz się domyślać, w moim mieście ciężko było znaleźć strój, który by odpowiednio obrazował moją charyzmę. A ja już w liceum chodziłam w mini, ramoneskach, długie włosy za tyłek i obcięte skórzane rękawiczki. W szkole wszyscy biegli do okna i ustawiali się, żeby mnie zobaczyć w takim wydaniu tak licznie, że gdyby budynek był statkiem to by się przechylił w moja stronę. (śmiech) Moja babcia była krawcową, więc miałam sporą dowolność, ale zawsze było krótko i bardzo wyzywająco. Nie wiedzieć czemu najbardziej upodobałam sobie tzw. buty-kieliszki czyli buty dla striptizerek. Umiałam nawet w nich biegać!

A nie miałaś takiego poczucia, że te kontrowersje, już wtedy, wynikają z tego, że jesteś kobietą? Bo jednak w naszej kulturze to chłopcom pozwala się od małego na dużo więcej.

Nie, ponieważ oglądając zdjęcia z młodości mojego ojca to mogę powiedzieć, że był jeszcze większym cudakiem niż ja. Miał długie włosy, chodził w czerwonych dzwonach, tutaj jakieś rzemyki, bo od zawsze twierdził, że jest Indianinem, trochę taki Niemen. Generalnie bardzo wyzwolona indywidualność jeśli chodzi o modę i wyrażanie siebie. A później patrzę na zdjęcia mojej matki, która również sama szyła sobie rzeczy i co widzę? Plastikowy prześwitujący płaszcz, chuda jak Rubik, buty na monstrualnie wysokim obcasie… Nigdy mnie też nie blokowali. Mama pozwalała mi się malować już w podstawówce, kocią kreskę potrafiłam sobie namalować w wieku 12 lat. Teraz chyba sam rozumiesz.

Ale skoro już w liceum ludzie odwracali te głowy za Tobą to na pewno zdarzyło się też, że ktoś Cię upomniał.

Pierwsze zderzenie z rzeczywistością miałam właśnie w liceum, do którego dostałam się tutaj w Warszawie. Na jedną z lekcji biologii, gdzie byłam szóstkową uczennicą, przyszłam ubrana w obrożę na szyi i taki skórzany płaszcz ze smokiem, bardzo wówczas modny. I zostałam przez tę nauczycielkę biologii wyproszona! Byłam w szoku i mówiłam „Na litość boską, przecież jestem przygotowana i opowiem pani o każdym możliwym planktonie! Jakie to znaczenie co mam na szyi?!”. Wkurzyłam się tak, że na biologii nie pojawiłam się przez kilka następnych dni.

Będąc dorosłą kobietą działającą w show-biznesie też nie odczułaś takich podwójnych standardów?

Zupełnie nie! Nie czułam żadnej dyskryminacji, wręcz przeciwnie – cieszyłam się, że mogę przełamywać pewne bariery, dotąd zarezerwowane dla mężczyzn.

Czyli jednak zdawałaś sobie sprawę, że pokonujesz jakieś tabu?

Czułam to, ale raczej mnie to bawiło. To zgorszenie, które wywoływałam, wręcz mnie momentami rozśmieszało.

Nie pojawiały się takie sugestie z zewnątrz, że może tym razem dłuższa spódniczka, że lepiej zakryjmy biust i nie prowokujmy?

Oczywiście, ale zabijałam ich śmiechem i twardo stałam przy swoim. Większość stylistek było zniesmaczonych. Dużo osób nie chciało ze mną pracować, bo, zresztą do tej pory krążą plotki, że jestem osobą nieprzewidywalną, niereformowalną, upartą i w ogóle droga przez mękę. Ja bym nazwała to konsekwencją, pomysłem na siebie i pewnością siebie. A to są walory.

W takim razie gdzie są granice Twojej wolności? Kiedy czujesz, że one są naruszone?

Za każdym razem kiedy jeżdżą za mną paparazzi, doprowadzając do niewygodnych, a nawet niebezpiecznych sytuacji. To mnie denerwuje i wtedy reaguję dużą dozą agresji. Taka granica jest też naruszany, gdy osoby decyzyjne w mediach na siłę każą mi się zmieniać, bo inaczej moja twórczość nie dotrze do moich fanów… Ich zdaniem.

A Tobie zdarza się naruszać czyjeś granice?

Chyba nie, bo ja jestem trochę aspołeczna. Nie wiem nawet, czy lubię zbyt dużo przebywać z ludźmi. Mam własną przestrzeń i daję też ją innym. Cenię sobie to, że mam niewielu przyjaciół.

Związek czy małżeństwo uznajesz za jakiś kompromis w kwestii wolności?

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie będący w związkach czują się stłamszeni albo muszą wyzbywać się czegoś na rzecz tej relacji. U mnie nic się zmienia. Mogę dalej robić to, na co mam ochotę, spotykać się ze znajomymi, ba – możemy spotykać się z nimi razem. Śpię natomiast spokojniej, bo mam przy kim. Nic się nie zmienia, więc dlaczego mój związek ma mnie w jakikolwiek sposób ograniczać czy tłamsić? Z drugiej strony, jak nie chcę być z kimś, bo odczuwam taki negatywny rodzaj oddawania siebie, to mogę być singlem. To wszystko kwestia mojego wyboru.

Mając taki wzorzec wychowania, o którym mówiłaś wcześniej, myślisz, że też byłabyś taką matką?Dawałabyś dziecku aż taką wolność? Bo często te niepokorne dusze, gdy już wychowują swoje dzieci, mają skłonności do bycia bardziej restrykcyjnymi.

Nie wiem zupełnie, jakim rodzicem będę, chociaż każdy kto mnie zna mówi, że będę niekonwencjonalną, ale świetną matką. (śmiech) Nie mam zielonego pojęcia, bo z jednej strony znam realia i wiem jak wygląda świat. Z drugiej zaś jestem dość spontaniczna, wesoła, daję dużo przestrzeni i wolności. A jeszcze z trzeciej, z racji pracy, którą wykonuję, czyli jestem osobą na pozycji szefa, organizującą i dopinającą wszystko to mam trochę z despoty, który wszystkich rozstawia. Taka szalona organizatorka eventu (śmiech)

Nieocenionym narzędziem, którym posługujesz się niemal od początku swojego medialnego istnienia jest prowokacja. Na ile to były przemyślane ruchy?

Problem polega na tym, że wielokrotnie prowokowałam zupełnie nieświadomie, bo coś, co było dla mnie naturalne, dla innych okazywało się powodem zgorszenia. Rzeczywiście, taka łatka przyjęła się i gdzieś do mnie przyczepiła, ale czy ja robiłam to z premedytacją? Później tak, dla zabawy, robiłam pewne rzeczy dla jaj. Ale i tak za każdym razem mnie to dziwiło: dlaczego to się odbiło takim echem, dlaczego to ludzi tak szokuje? Bo wydaje mi się, że tak naprawdę nie jestem żadną skandalistką.

Ale ewidentnie jesteś tak postrzegana.

No ale dlaczego? Wytłumacz mi.

Wychodzisz poza ogólnie przyjęte ramy, konwenanse są ci obce. Sama chyba to przyznasz.

Ogólnie przyjęte ramy to wąskie ramy. Idąc takim tokiem myślenia nawet Harleyowiec jest skandalistą.

Nie zastanawiałaś się nad tym, że ludzie czasami ten oręż czyli skandal, próbowali obrócić przeciwko Tobie i w ten sposób chcieli cię zdyskredytować?

Nigdy o tym nie myślałam, nie interesuje mnie to. Po prostu taka jestem, nie zmienię tego. To tak, jakbym zastanawiała się nad tym, że mam nogi albo ręce i to spowodowało, że… Nie, to część mojego charakteru.

A jak myślisz, dlaczego nas Polaków tak łatwo sprowokować?

Jesteśmy za mało wyluzowani, wszystko nas bardzo dotyka i jest naszym osobistym problemem. Za bardzo angażujemy się w cudze sprawy, żyjemy życiem innych. Mnie to kompletnie nie interesuje, życzę innym dobrze. Jeśli ktoś chce to proszę bardzo, niech nawet postawi klocka na środku ulicy i nazwie go dziełem sztuki. Nie rusza mnie to, a wręcz wzrusza (śmiech)

Gdybyś mogła ocenić, tak szybko tylko skacząc po nagłówkach artykułów o Tobie z ostatnich 10 lat, to jaki wizerunek Dody się z nich wyłania? Dla przeciętnego widza tego całego spektaklu medialnego.

Widz to bardzo pojemne pojęcie. Na wstępie trzeba odróżnić tutaj tzw. Warszawkę od reszty Polski. Jest bardzo hermetycznym środowiskiem i narzuca wszystkim swoje zdanie, myśląc, że ono wyznacza tok myślenia wszędzie i wszystkim. A wystarczy pojechać w dowolne miejsce w Polsce i widzę, że ludzie tam postrzegają to wszystko inaczej, bardziej na luzie, z większym humorem i empatią. A tutaj wszyscy są spięci jak baranie jaja, to jest niesamowite i komiczne!

A ten wizerunek prowokatorki i skandalistki, bo tak jesteś najczęściej portretowana, ma jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości? Ile tej Dody z mediów jest też prywatnie?

Na pewno tyle, że wśród rodziny i przyjaciół też mówię zawsze prawdę i to czasami jest różnie odbierane, bo prawda może być bolesna. Ale jest lepsza od najpiękniejszego kłamstwa. Jestem też bezkompromisowa w przyjaźni, bardzo oddana i szczera. Ktoś może mnie nazwać przez to skandalistką czy prowokatorką, okej. Ale moi najbliżsi nie interpretują mnie w ten sposób, bo zawsze mogą na mnie polegać.

Ale sterując swoją karierą na pewno były momenty, w których pewne rzeczy robiłaś i mówiłaś specjalnie, bo wiedziałaś, że przyniosą dany efekt.

Oczywiście, wiele rzeczy zrobiłam w ten sposób. Mało tego – czasami specjalnie kłamałam. I zawsze przynosiło to dokładnie taką reakcję jakiej oczekiwałam. A nawet jeśli coś poszło nie tak to bardzo szybko mogłam to zmienić. Weźmy moja aktualna trasę koncertowa RIOTKA Tour, w której na początku gram królową burleski na wielkim statku. Wyjeżdżam spod sceny na wielkiej złotej kotwicy, a potem z dużym namaszczeniem tańczę na rurze. Każdy zaciekawiony przyjdzie zobaczyć, co ja tam znowu wymodziłam, żeby po kwadransie być świadkiem zwrotu w akcji show i zrozumieć, że koncert ma niezwykle ważne przesłanie. Mówi o odwadze, wolności, honorze, wartościach i walce o nie. Plotka o tańcu na rurze spełniła swoją role wśród niesympatyzujących ze mną ciekawskich. Wyjdą z mojego koncertu z ważnymi przemyśleniami, niekoniecznie na temat rozmiaru mojego biustu.

A na ile wciąż jesteś w stanie kontrolować swój wizerunek? Czy to nie jest tak, że w momencie, kiedy wypuszczasz singiel, teledysk, sesję zdjęciową czy wywiad i one idą w świat to już nie masz nad tym żadnej kontroli?

Kiedyś bardziej żyłam tym wszystkim, angażowałam się na 200 procent, ale później już totalnie wychillowałam i stwierdziłam, że to nie jest najważniejsze na świecie. Owszem, wypuszczam pewne rzeczy w obieg, robię tylko to, co zawsze ma super jakość, ale nie żyję potem tym dniami i nocami. Feedback i reakcja już nie spędza mi snu z powiek, tak bardzo jak sam proces twórczy.

Można być niewolnikiem swojego wizerunku?

Jeżeli jest wymyślony na potrzeby rynku, jeżeli jest sztucznie wykreowany to jak najbardziej.

A Ty czujesz się czasami taką niewolnicą „Dody”?

Nie. Nigdy!

Mam na myśli taką sytuację, w której ludzie słyszą twoje nazwisko i widzą wyzywającą blondynkę, duży biust, mają pewne oczekiwania.

Trudno, mogą się co najwyżej zawieść, mam to gdzieś. Nie mam potrzeby zaskakiwania na sile. Jeśli zaskakuję to zupełnie nieświadomie i super, ale nie ma we mnie woli wychodzenia naprzeciw oczekiwaniom ludzi, którzy czekają na białego misia z Zakopanego i on przychodzi i jest biały. A jak przyjdzie Doda to przeklnie przy ludziach. Sorry. Mama mnie dobrze wychowała.

Odczuwasz jakoś to, że sporo ludzi patrzy na Ciebie przez pryzmat właśnie tego mocno nacechowanego seksualnie wizerunku? I może próbować to wykorzystać?

W ogóle tego nie odczuwam. Ani złości, agresji czy nienawiści. Nie ma też dziwnych sugestii, ironicznych tekstów na temat mojej seksualności czy wyglądu ze strony mężczyzn czy kogokolwiek innego.

Nawet na początku kariery, kiedy jeszcze nie wszyscy wiedzieli, że z Dodą lepiej nie zadzierać?

Nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło. Teraz czytam często, że ktoś mówi o molestowaniu, dziwnych propozycjach, ale ja nigdy nie byłam w takiej sytuacji.

Myślisz, że to tylko kwestia charakteru?

Charakteru, asertywności. Ja po prostu na dzień dobry wolałam uchodzić za osobę nieobliczalną, która zaraz pójdzie i powie o tym wszystkim, więc tym dziadkom nawet nie opłacało się składać mi żadnych propozycji, bo tylko by na tym stracili. Wolę grać taką osobę niż z kimkolwiek się użerać.

Twój wizerunek się zmienia, ewoluowałaś przez te wszystkie lata. To naturalny proces czy nosi jednak znamiona jakiejś kalkulacji?

Naturalny, bo inaczej bardzo bym się z tym wszystkim męczyła, nie lubię robić rzeczy, z którymi się źle czuję, po prostu. Więc jeżeli np. komuś nie podoba się wizerunek na tę płytę to nie mam z tym totalnie żadnego problemu. Może kupi następny. Ja pojadę sobie na wyspę, wrócę i może dogadam się z niezadowolonym fanem przy kolejnym krążku? A może nie, zobaczymy. (śmiech) Ja się nie obrażam.

A były sugestie ze strony menadżerów czy wytwórni, żeby coś konkretnie zmienić w Tobie?

Niektórzy mówili, że trzeba wydorośleć, że trzeba stonować, uspokoić się i przede wszystkim zniknąć z mediów. Słyszałam tylko: ty wszędzie ciągle jesteś! Ale ja nie mam nad tym kontroli, to jest ssanie rynku.

Nie myślałaś sama, żeby zniknąć? Ale tak konkretnie. Bez zdjęć na Instagramie, bez Facebooka, totalny blackout.

Na pewno tak się stanie i kiedyś zniknę. To będzie oznaczało… koniec. Jeżeli przyjdzie taki moment, żeby wrócić to przyjdzie, jeśli nie to nie. To nie będzie sytuacja typu „See you, widzimy się za 2 lata!”. Czekajcie w napięciu.

Wracając do tych sugestii wytwórni i ludzi z zewnątrz. Może warto było posłuchać?

Wychodzę z takiego założenia, że jeśli mamy rubin to nie robimy z niego szmaragdu. A jeśli mamy diament to nie próbujemy w nim znaleźć ametystu. Każdy kamień jest szlachetny. Każdy menadżer i sztab mając taki kamień powinien więc wydobyć z niego co najlepsze, a nie na siłę zmieniać, bo wtedy wyjdzie błoto z gównem. Po co mam udawać osobę stonowaną i spokojną, jeśli taka nie jestem? To oszukiwanie publiczności na krótką metę.

Na pewno padały też argumenty i swego rodzaju szantaż: jeśli się zmienisz to telewizja X zaprosi Cię do programu i tak dalej?

Dokładnie tak to wygląda. Radia będą cię grały, jeśli będziesz miała bardziej stonowany wizerunek. Zupełnie nie wiem jakie to jest rozumowanie, bo w takim razie musielibyśmy zdziesiątkować armię amerykańskich gwiazd, które są grane regularnie w naszych rozgłośniach. Takie podejście jest po prostu niesprawiedliwe. Liczy się piosenka. Na szczęście przypomina sobie o tym coraz więcej radiostacji.

Czyli ten radiowy hit nie jest wart takiej maskarady?

Każdy ma inny przelicznik. Dla kogoś ugięcie karku i powiedzenie tego, co ktoś chce usłyszeć w zamian za pieniądze, jest przeliczalne i mu się to opłaca. Nie muszą się z tym czuć dobrze, ważne że mają na nowy samochód. Ja jestem trochę inaczej wychowana. Dla mnie najważniejszy jest honor i moja godność, więc mogę nie mieć co jeść, ale przynajmniej spojrzę spokojnie w lustro. Wielokrotnie spychało mnie to w kąt i dostawałam po głowie, ale summa summarum, jako osoba z rycerskimi zasadami, czuję się wartościowym człowiekiem.

W takim razie, w którą stronę zamierzasz iść teraz? Jaki jest plan?

Na pewno chciałabym wydać fajną płytę z dobra muzyką. Podpisałam teraz kontrakt z Universalem, z którym wspólnie wybieramy fantastyczne piosenki z całego świata. Wiem, że ta nowa jakość spodoba się fanom. Nie wybiegam daleko do przodu. Pracujemy teraz nad teledyskiem do kolejnego singla, który kręcimy na egzotycznej wyspie. Bedzie turbo wakacyjny i energetyczny. Premiera jeszcze w czerwcu!

To teraz czas na danie główne. Pamiętasz swój pierwszy kontakt z osobami homoseksualnymi?

W moim przypadku poszło to bardzo szybko, bo w wieku 13 lat związałam się z dziewczyną. Ale w ogóle nie było to dla mnie żadne zdziwienie, ani szok. Bo jak tylko sięgam pamięcią to w Ciechanowie zawsze bawiłam się w takim towarzystwie. Tak jak wspominałam, heteryckie gry w butelkę mnie po prostu obrzydzały. Uciekałam więc w inne środowiska, które nie wymagały ode mnie bycia nabuzowaną hormonami nastolatką, która rzuca się na kolegów z klasy. Mogłam spokojnie dojrzewać w swoim tempie i ewentualnie pocałować się z koleżanką. To bardzo mi odpowiadało, nie przyśpieszało nienaturalnie mojego dojrzewania i nie spychało mnie w jakieś patologie. Niektóre koleżanki tak się rozpędziły w swojej seksualności, że skończyły bez macic, bo HPV szalało po szkolnych korytarzach, a one skakały na tylu kolanach, że zostały z dziurą w brzuchu.

Czyli samo zjawisko homoseksualizmu nie wymagało jakiegoś szerszego tłumaczenia, nie musiałaś zadawać pytań?

Nie, zupełnie nie. Moja paczka wyglądała tak: na pierwszy ogień koleżanka, która chciała być chłopakiem. Notorycznie wiązała sobie cycki bandażem, miała krótkie włosy i chodziła w glanach. Moja dziewczyna z kolei miała długie włosy, ale też czarny pas taekwondo, więc nikt do nas nie podchodził. Plus jeszcze dwóch kolegów gejów i Dżaga, z którym się kłóciłam i dostawał ode mnie notorycznie bęcki.

Jak długo trwała ta fascynacja kobietami?

Prawdziwego chłopaka miałam jakiś czas później i to tylko dlatego, że mama mnie zmusiła, bo już miała swoje obawy (śmiech) Powiedziała, że ma pięknego chłopca, który ćwiczy z tatą na siłowni. Zgodziłam się, chociaż wiesz, jestem w długoletnim związku z dziewczyną, tu już są jakieś zaręczyny, mama nic nie wie, wyrzucają nas z kolejnego mieszkania za jakieś dziwne akcje z tą moją dziewczyną… Ale poszłam na tę siłownię. Oczywiście ten chłopak w ogóle mi się nie spodobał, ale za to pojawił się jego kolega i to w nim się zakochałam.

I jak to się skończyło?!

Skończyło się tragicznie, bo ta moja koleżanka prawie powiesiła się na żyrandolu. Nie umiałam jej tego wytłumaczyć, przez jakiś czas żyliśmy w takim dziwnym emocjonalnym trójkącie. Ona mówiła, że to akceptuje, bo jestem pięć lat młodsza i powinnam mieć chłopaka, ale że jednocześnie mnie kocha. Ja kochałam ich oboje, więc chodziliśmy razem we trójkę na pizzę. (śmiech) Takie to były właśnie te nastoletnie przygody.

Teraz też otacza cię sporo gejów – stylistów, fryzjerów, mejkapistów. Jak odnajdujesz się w tych relacjach?

Odnajduję się dobrze, ale nie zawsze jest łatwo. Mam wrażenie, że czasami osoby z tego środowiska, które mnie nie znają, niepotrzebnie się obrażają. Często jestem zbyt bezpośrednia, a to jest delikatny temat i moi znajomi wiedzą, jakie mam mocne, wręcz rubaszne poczucie humoru, więc żarty na temat naszych orientacji seksualnych nie robią na nich żadnego wrażenia. Przy obcych muszę się hamować, bo czasami coś palnę, a to wrażliwi ludzie. Przynajmniej do czasu aż mnie poznają lepiej.

A jak to wygląda w przypadku twoich partnerów? Bo może tak być, że oni nie mają wcześniej styczności z homoseksualistami, przynajmniej nie na taką skalą, a tutaj wchodzą w twój świat i od razu są rzucani na głęboką wodę.

To jest dla mnie bardzo ważne. Na dzień dobry przedstawiam swoje towarzystwo, Emil od razu poznał całą moją paczkę. Zaakceptował ją i nawet został takim naszym wodzem. Ostatnio np. moi koledzy geje wymyślili, że pójdziemy do domu strachów i potem mogliśmy zobaczyć nagranie z naszej wizyty. Wyglądało to tak, że na przodzie jako jedyny normalnie szedł Emil, a my za nim przestraszeni i wtuleni w siebie, piszcząc wniebogłosy. Mogę powiedzieć, że został głową tej ludzkiej stonogi (śmiech)

Często też występujesz w jednym z warszawskich klubów gejowskich. Czy taka publiczność inaczej na ciebie reaguje? Bo zwykło się mówić, że geje potrafią bawić się wyjątkowo.

Tak, to fakt, że taka publiczność jest bardziej emocjonalna, wylewna. Łatwiej okazują te emocje i dla artysty milej jest występować, gdy po każdej piosence jest duży odzew i szał niż spięte dupki warszawskich hipsterów stojących jak kołki w snobistycznych lokalach (śmiech)

Za co geje kochają Dodę?

Kiedyś o tym myślałam i wydaje mi się, że jestem taką osobą, która niczego się nie boi, zawsze walczy w interesie słabszych – mam w sobie coś z Joanny d’Arc. Poza tym jestem osobą skrajnie liberalną, wyluzowaną, lubię przełamywać stereotypy i mocno mnie to bawi. Nie robię sobie też nic z krytyki, jestem przerysowana. Nawet na ulicy wyglądam i zachowuję się jak postać z komiksu. Myślę, że to przyciąga.

Wśród twoich fanów z pewnością jest dużo młodych, jeszcze odkrywających swoją seksualność dzieciaków. Teksty twoich piosenek, które w sporej części nawołują do bycia sobą, pomagają im w zaakceptowaniu swojej odmienności?

Mam nadzieję, po to je w końcu piszę. Nie tylko po to, aby zapukać raz w roku do Zaiksu i upomnieć się o swoje. Mają pomóc, ukoić ból, pozwolić uwierzyć w siebie. Dostaję sporo listów i wiadomości na Facebooku, które właśnie o tym mówią, więc mogę się tylko cieszyć, jeśli moja twórczość pomoże komuś w zaakceptowaniu nie tylko swojej orientacji, ale i innych cech, które sprawiają, że czuje się – niepotrzebnie – odmieńcem.

Są też takie gesty jak wypuszczenie koszulek dla par, w których uwzględniłaś też opcję z dwoma facetami i dwiema kobietami. To był spontaniczny pomysł?

Dla mnie to było naturalne. Byłoby mi przykro, że ja mam taką koszulkę, a mój kolega i jego facet nie. Nikt nie może być poszkodowany, nawet jeśli chodzi o zakup zwykłych koszulek. To jest okropne, weźmy takie Walentynki. Choćby tego dnia nie powinno być żadnych podziałów!

Brak takich koszulek to w zasadzie taki mały symbol tego, jak przedstawia się sytuacja w dużo poważniejszych kwestiach. Wciąż żyjemy w kraju, w którym homoseksualiści nie mają prawa np. do odwiedzania swoich partnerów w szpitalu.

To musi być straszne. Żyć z kimś kilkanaście lat i potem nie móc być przy ukochanej osobie w ciężkich chwilach tylko dlatego, że zabrania tego jakieś głupie prawo. To chore! Ja spaliłabym chyba ze złości szpital. Miłość i uczucia powinny być kluczowe przy podejmowaniu tego typu decyzji, a nie jakiś dziwny zapisek w Sejmie.

Sejm właśnie po raz kolejny nie dopuścił nawet do obrad ustawy o związkach partnerskich. Jeśli w przyszłości pojawi się znów taka inicjatywa to poprzesz ją?

Oczywiście, jak najbardziej, bo tak powinno być. Nie wierzę w to, że jeszcze tego u nas nie wprowadzono! Co ma zrobić osoba homoseksualna, która właśnie dowiaduje się, że jest chora na raka, broczy krwią i co, jego partner nie może mu nawet przynieść piżamy?!

Obecnie, niestety, nie może zrobić nic.

Nikt nie może cierpieć przez to, że jest jaki jest. To nie jest niczyja wina i nie może ponosić konsekwencji za decyzje podjęte przez osoby heteroseksualne, które nie potrafią postawić się w ich sytuacji. Mogę tylko powtórzyć – to jest chore i powinno się jak najszybciej zmienić.

fot. Łukasz Pęcak / styl. Paweł Kędzierski / make-up: Adrian ŚwiderskiIMG_46281dc5bf4f73090c2249989e2f14f43fe3b87e218d4907ce36bf0869ed26c92ea5d9d107fea7632551 b65ac70d162ed1ef627fea31f578209fc4dbce3d

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here