Natalia Kukulska: Nie chcę tracić czasu na śpiewanie radiowych hitów. Teraz moje „5 minut” wygląda inaczej

2

Bez zbędnych wstępów – miałem ostatnio okazję i niebywałą przyjemność porozmawiać dłużej z Natalią Kukulską, która już ponad dziesięć lat temu otworzyła nowy muzyczny rozdział swojej kariery. Eksperymenty z elektroniką zaprowadziły ją w takie rejony muzy, o które nikt by jej nigdy nie posądził, a jej koncerty to jakiś kompletny odlot i wysmakowana audio-wizualna podróż. Mam jednak wrażenie, że w oczach niektórych wciąż jednak jest Natalią Kukulską sprzed lat czyli dziewczyną o dobrym głosie, ale śpiewającą radiowe hity. Zapomnijcie o tym! Idźcie na koncert, przesłuchajcie jej najnowszą płytę „Halo tu Ziemia” albo odpalcie sobie chociaż klipy na YouTube. Nie pożałujecie. Okazji koncertowych nie brakuje, a te najbliższe polecam wam szczególnie: już w ten piątek 13 kwietnia Natalia zagra w Warszawie na Głębockiej 66 (szczegóły tutaj), natomiast 21 kwietnia będzie okazja zobaczyć ją w Poznaniu podczas festiwalu Spring Break. Jeśli wciąż macie wątpliwości, rozwieje je nasz wywiad, do którego lektury zapraszam. Mam nadzieję, że czytanie sprawi wam tak samo dużą przyjemność, jak mi jego przeprowadzenie. Enjoy!
 
grabari.pl: Od premiery „Halo tu Ziemia” minęło już kilka miesięcy. Śledzisz opinie odbiorców, jesteś zadowolona z tego jak czytają „nową Natalię”?
 
Natalia Kukulska: Odbiór płyty jest bardzo różny. Niektórzy są zachwyceni i piszą, że rewelacja i wielkie wow, inni natomiast, że trochę ich to przerosło. Jest taki chłopak, ogromny fan „Ósmego planu”, więc albumu z tego mojego „nowego” rozdania, który napisał, że ta elektronika z „Halo tu Ziemia” to jest już trochę za dużo i nie może się przez to przebić. Sądzę, że wpływ na odbiór krążka miał też pierwszy singiel czyli „Kobieta”, będący trochę zmyłką, bo jest dość intensywny. I ta piosenka albo bardzo się podobała, albo mogła troszkę odstraszać. Album jako całość nadal trzyma sznyt tych poprzednich czyli tekstowo jest dość refleksyjnie, a muzycznie wciąż bawię się elektroniką, ale taką chropowatą, mniej wygładzoną i nieklasycznie popową. Natomiast jeśli ktoś nie fascynuje się takim brzmieniem to nadal zostają mu myślę dobre piosenki, bo dla mnie sprawdzianem tego jest fakt, że można je zagrać z gitarą. Gdyby one nie miały konkretnej czy ciekawej melodii to przy akompaniamencie samej gitary wyszłoby jedno wielkie nic. A coś jednak jest! (śmiech)
 
Nie tylko twoje muzyczne dokonania można podzielić na pewne ery i „rozdania”, bo fanów chyba również.
 
Kwestia fanów w moim przypadku jest tematem bardzo złożonym. Niektórzy z nich idą za moimi zmianami i sami też się zmieniają, słuchają innej muzyki, poszukują. Inni z kolei zatrzymali się na tym co robiłam w latach 90-tych i wciąż to im się najbardziej podoba. Dochodzą też nowi, którzy piszą mi, że zaczęli mnie słuchać od momentu, gdy w moim brzmieniu zaszła bardziej radykalna zmiana czyli np. od „Sexi Flexi”. Nie brakuje również skuszonych przez „Ósmy plan” albo nawet najnowszą płytę. Nie będę ukrywać, że – choć cenię sobie wierność moich fanów – zawsze najbardziej cieszy mnie, gdy właśnie to co robię teraz, co jest mi najbliższe estetycznie i emocjonalnie, zdobywa nowych słuchaczy. Jeśli ktoś dopiero teraz się do mnie przekonał to jest to dla mnie olbrzymia wartość.
 
Nie jestem artystą, ale wydaje mi się, że ten proces twórczy można podzielić na dwa etapy i on wcale nie kończy się z chwilą premiery. Pierwszy etap jest dla was i tej całej frajdy z tworzenia, pracy w studiu, kreacji. Drugi czyli oddanie płyty publiczności może tę frajdę przedłużyć, ale też i trochę zmącić jeśli nie spotyka się z pozytywnymi reakcjami?
 
Płyta jest twoim dzieckiem, w które wkładasz wszystkie swoje emocje i uczucia i tak jak karmisz dziecko twoim światem, tak i ona jest nasączona twoimi przeżyciami. Jeśli to później spotyka się z krytyką to jest to bardzo trudny moment. Zawsze! Ty skupiasz się na detalach, dopieszczasz szczegóły a potem ktoś jednym zdaniem albo to zgniata albo nawet chwali, ale i tak nie zauważając tego na czym ci zależy. A krytyka często wynika z braku świadomości i zrozumienia, bo przecież nie podoba nam się to czego nie rozumiemy, nie znamy. Portale społecznościowe pozwalają jednak czasami zweryfikować ten zimny prysznic w kwestii opinii internautów. Bo jeśli widzisz, że osoba, która negatywnie recenzuje twoją twórczość, ma jednocześnie wśród swoich idoli np. wykonawców disco-polo, no to wiesz, że to nie może być twój odbiorca. Czasem nawet można to uznać przekornie za komplement. Każdy ma inny gust i możemy się mijać, nie ma w tym przecież nic zaskakującego. Jeśli zaś ktoś słucha rzeczy, które cenię i podoba mu się to co ja robię, jest mi podwójnie miło. Czasem bawię się w takiego śledczego i wiele mi się wyjaśnia.
 
Masz metodyczne podejście do pracy nad nową muzyką? Siadacie w studiu, pada hasło „ok, robimy album, takie i takie brzmienie” i zabieracie się do roboty czy ta koncepcja gdzieś rodzi się po drodze i jest efektem pracy na takim żywym organizmie?
 
Jak byłam w szkole w Stanach to jedna z nauczycielek powiedziała bardzo mądrą rzecz – że muzycy, a szczególnie wokaliści, zawsze ćwiczą. Nigdy nie mają przerwy, ponieważ wszystko co przeżywają jest rodzajem bazy danych, z której później czerpią podczas tworzenia. Pisząc i śpiewając dzielimy się emocjami i tym co w nas siedzi, więc tak naprawdę to za każdym razem jest proces, niezależnie od tego jaki styl pracy przyjmiemy. Aczkolwiek to co mi przeszkadzało przy moich poprzednich produkcjach to był mój perfekcjonizm. Bo ja lubię wejść i pocyzelować, pobawić się każdym najmniejszym detalem i trochę może przekombinować, przeintelektualizować. A później się okazuje, że najfajniejsze rzeczy powstają wtedy, kiedy i tak mamy zebraną tę bazę danych naszej wrażliwości, ale jesteśmy w stanie oddać się chwili, zamknąć oczy i dać się ponieść. I strasznie mi zależało, żeby właśnie przy tej płycie osiągnąć ten stan, który towarzyszy nam podczas prób z muzykami, gdzie odpływamy i moglibyśmy się zatrzymać w czasie. Po to był też ten wyjazd w góry z całym zespołem. Żeby odciąć się trochę od świata zewnętrznego, bo z jednej strony będąc mamą trójki dzieci nie ma nic ważniejszego od nich, a z drugiej chciałabym czasami sobie odlecieć na chwilę i mieć swój świat. Mieliśmy więc czas na to, żeby trochę pobyć ze sobą, czegoś się napić, pogadać, pochodzić na spacery w góry… Takie trochę kolonie! (śmiech) Udało nam się odciąć, zamknąć oczy i zostawić tę nutę spontaniczności, dzięki czemu proces tworzenia tej płyty wyglądał nieco inaczej niż zwykle. W zasadzie powinnam powiedzieć, że prawie w połowie, bo w ten sposób powstało sześć utworów. Pozostałe cztery piosenki powstawały u nas w domowym studiu.
 
Domowe studio to chyba ogromny komfort, bo tak naprawdę w każdej chwili, gdy tylko zrodzi się w waszej głowie jakiś pomysł, możecie go od razu zmaterializować.
 
Mamy prawdziwy statek kosmiczny, bo przybywa tam coraz więcej modularnych urządzeń analogowych. Mój mąż jest w tym zakochany – w tym, że to brzmienie można kreować, bawić się oscylatorami i generowaniem brzmienia! To nie są gotowce, gdzie naciskasz preset i gra maszyna albo wybierasz jakieś konkretne brzmienie, które ktoś już wykreował i jest używane w wielu innych produkcjach. Tutaj jesteś jak kucharz, który dodaje szczyptę soli, szczyptę pieprzu i ten smak jest oryginalny, jedyny w swoim rodzaju. To jest fantastyczne, bo możemy tworzyć rzeczy niepowtarzalne. A potem jakiś ignorant pisze, że to komputery grają, bo taką ma wiedzę na temat muzyki elektronicznej… (śmiech) Więc kiedy on już się w tym statku rozsiądzie i ma ten swój odlot, a ja schodzę zawołać go na przysłowiowy obiad słyszę co zdziałał i mówię „o, fajne!”, zapominam o wszystkim, siadam z nim i tak sobie razem dziergamy. A dzieci głodne krzyczą gdzie obiad… (śmiech)
 
Ten kompletny odlot da się usłyszeć na płycie, bo niektóre utwory brzmią jak remiksy i tu przychodzi mi do głowy jedno pytanie – czy jest ktoś, być może ktoś z waszej dwójki, kto pilnuje, żebyście nie odlecieli za daleko i – wybacz suchara – mówi „halo, tu ziemia! przydałoby się coś, co może polecieć w radiu”?
 
Szczerze mówiąc, wszystko mi mówi „halo, tu ziemia!”, a zdrowy rozsądek krzyczy „co ty robisz?!”, ale ja po prostu inaczej nie umiem. Wewnętrznie chyba podjęłam już taką decyzję co do kierunku, w którym idę i to się raczej nie zmieni. Zupełnie nie krytykując moich koleżanek i kolegów, którzy robią taki mainstreamowy pop – on mnie zupełnie nie kręci. Jeśli miałabym to robić, to wolałabym nie robić wcale. Nie twierdzę, że inni robią to wbrew sobie i swojej estetyce, bo mogę mówić tylko za siebie, ale ja na ten moment już tak się zagłębiłam w inne rejony muzyki, że trudno mi z tego zrezygnować na rzecz radiowego hitu. Myślę, że jestem na tyle kumata, że pewnie potrafiłabym stworzyć piosenkę uszytą na miarę komercyjnego przeboju, ale to i tak nie daje przecież żadnych gwarancji, bo mam na swoich poprzednich płytach nieskomplikowane i wpadające w ucho utwory, których i tak rozgłośnie nie chciały puścić, takie jak “Pół na pół” czy “Decymy”. Więc jeśli ja mam stracić czas i energię na stworzenie okrągłej popowej piosenki radiowej by potem i tak z zasady mnie nie grano to grzecznie dziękuję i wolę robić swoje.
 
Próba sprostaniu gustom radiowców powoduje, że piosenki, które słyszymy w największych rozgłośniach, brzmią niemal identycznie.
 
Mam wrażenie, że radia oczekują utworów na wzór tych zachodnich przebojów i naprawdę nieliczni artyści są w stanie wypłynąć z czymś innym. A jeśli już im się uda, to pozostali wtedy słyszą, że powinni stworzyć coś na wzór właśnie tego i koło się zamyka. U nas wszyscy boją się dać szansę czemuś, co wyłamuje się z jakiegoś narzuconego kanonu i mody, a te zmieniają się bardzo szybko. Powraca moda na lata 80-te i 90-te, a ja te „ejtisowe” brzmienia przerabiałam już na „Sexi Flexi” i słyszałam na ten temat różne komentarze, a teraz Janelle Monae wydaje płytę w tym stylu i to jest bardzo trendy, więc pewnie za nią pójdą inni, tak jak poszli w pewnym momencie za Laną Del Rey etc. Dlatego wydaje mi się, że nie ma sensu wysilać się na spełnianie oczekiwań innych. Trzeba robić co się czuje i czekać na swój czas, choć on równie dobrze może nigdy nie nadejść, bo te pięć minut każdego trwa bardzo krótko. Być może te moje komercyjne pięć minut już było? A może teraz będzie inne, ciekawsze i nie na szczycie upodobań mas?
 
No właśnie, tak po dłuższym zastanowieniu się to ty od zawsze masz nieźle przechlapane… Najpierw na początku swojej dorosłej kariery, musiałaś mierzyć się z legendą mamy, a teraz z kolei z tą Natalią sprzed lat, która wydawała hit za hitem. I faktycznie się z tym mierzysz czy raczej unikasz takiej konfrontacji?
 
Chcąc nie chcąc się z tym mierzę, bo nie odetnę przecież swojej przeszłości i skojarzeń, które ma publiczność. Ktoś może powiedzieć, że wyjściem jest pójście na kompromis, ale on nie zawsze jest dobry, bo jak chce się robić trochę tego i trochę tego, to ludzie już tak naprawdę nie wiedzą o co ci chodzi. Taki mój rodzaj kompromisu daje o sobie znać na koncertach, gdzie staram się w dużej mierze grać swoje nowe piosenki z nielicznymi tylko cytatami z przeszłości, ale wiadomo, że grając tzw. plenery mam do czynienia z bardzo różnorodną publicznością i wtedy już bardziej mieszam to nowe ze starym. Tylko, że to stare już nie brzmi jak stare, bo proponuję je w zupełnie innych aranżacjach. Nie potrafiłabym już chyba zagrać tych piosenek sprzed 20 lat w ich oryginalnych wersjach. Chociaż jestem trochę przekorna, więc gdyby zrobić taki koncert, swego rodzaju pastisz, na którym śpiewałabym tylko te stare utwory, to wyszłabym z tym brzuchem na wierzchu, plamą od mewy na włosach z czasów płyty „Puls”, wzięłabym Volt i poskakała na tej scenie. Ale to byłby widok! (śmiech) Jeśli miałabym się zabawić tym w ten sposób to piję drinka i robię to, natomiast gdybym miała traktować to poważnie to… No nie ma szans.
 
Odcięcie się od tej starej twórczości, które zaczęło się tak najbardziej radykalnie przy „Sexi Flexi” to był po prostu efekt tego, że dojrzewałaś jako artystka czy bardziej rodzaj buntu, grubej kreski i pokazania „o, teraz ja!”?
 
Ja nie robiłam nic na siłę, więc w moim przypadku to wszystko działo się bardzo płynnie. Ostatnia płyta, którą nagrałam dla Universalu już po powrocie ze Stanów czyli „Natalia Kukulska”, była zaczątkiem takiego myślenia, że chcę robić rzeczy autorskie. Okazało się, że to sprawia mi wielką przyjemność i daje ogromną satysfakcję, że jestem w stanie napisać tekst. Nawet nie, że muszę, bo nie uważam, że każdy wokalista powinien pisać własne teksty, ale że mogę i że potrafię. Początki nie były łatwe, bo nie byłam od razu taką erudytką, miałam jednak jakiś kapitał w postaci tego, że przecież już wcześniej pracowałam z tekściarzami, podsuwałam im swoje pomysły, zmieniałam to co oni proponowali i te teksty w jakiś sposób nabierały moich kształtów. Uznałam więc, że chyba przyszła pora, żeby wyrażać siebie na swoich zasadach i po prostu dalej się rozwijać.
 
Nie zawsze jednak możesz grać tylko i wyłącznie według swoich zasad, bo show-biznes rządzi się swoimi prawami i jest niewiele miejsc, do których możesz przyjść i porozmawiać po prostu o muzyce. Żeby wypromować płytę musisz iść do jednej telewizji, do drugiej, zrobić fikołka między kuchnią a kanapą i ewentualnie cudem uciułać te dwie minuty, podczas których coś o tym albumie opowiesz. Jak ty się w tym odnajdujesz?
 
To jest trochę przerażające, bo idąc do śniadaniówki pierwsze co słyszysz to „nie możesz być z dziećmi?”. Albo chociaż z mężem! (śmiech) Ta prośba o pokazanie prywatności jest bardzo duża, choć ja jestem zdania, że ludzie naprawdę mogą być zaciekawieni trochę inną rozmową. Że to nie jest tak, że jak tylko zaczniesz mówić na tematy zawodowe to ktoś przełączy, bo można to zrobić w sposób interesujący i angażujący widza. Bo ile razy można odpowiadać na pytania w stylu „A jak tam dzieci, śpiewają? Idą w twoje ślady?” i tym podobne. Trudno trafić na dziennikarza, który potrafi złapać balans i poprowadzić rozmowę w taki sposób, żeby to wyszło naturalnie. Z drugiej strony ciężko ich winić, bo siedząc naprzeciwko widzę, że ktoś do ucha już ich ponagla, żeby zapytać o to i o tamto. Okres promocji płyty to jest czas, w którym bardzo zazdroszczę mojemu mężowi, który umywa ręce i ma już pełen luz, a ta praca należy do mnie. Oczywiście, trzeba o tej płycie opowiadać i potem miałabym żal do siebie, że nie wykonałam tego ruchu, bo wiem, że w dzisiejszych czasach to jest konieczne. Zgadzam się więc na to, że niejako ceną za możliwość opowiedzenia o tym nowym albumie jest konfrontacja z pytaniami wchodzącymi w moją prywatność, ale jeśli mam być szczera to wolałabym, żeby to w ogóle nie miało miejsca.
 
Nieodłączną częścią funkcjonowania w show-biznesie jest też obsesja związana z wyglądem. Nie będę cię pytał czy sobie coś poprawiasz czy nie, ale chyba ciężko ci uciec od tej konfrontacji z upływającym czasem, bo nie dość, że twój wygląd jest cały czas oceniany, to jeszcze bardzo często zestawiany ze zdjęciami sprzed 20 lat. Czy to w ogóle zaprząta ci głowę?
 
Dobrze to ująłeś, muszę się trochę z tym mierzyć, bo świat, w którym funkcjonuję mnie do tego zmusza, ale… Mam chyba w miarę poukładane w głowie, bo mi to kompletnie nie robi. Szczęśliwie, mam też przy sobie człowieka, który również tak to odbiera. Nie jest typem faceta, który będzie oglądał się za wyprasowanymi kobietami, zupełnie inna uroda mu imponuje, docenia naturalność. Najgorzej jest wtedy, gdy widać, że kobieta tak strasznie się stara, żeby ten czas zatrzymać. Ja wiem, że czas płynie, ale mam koleżanki, które bardziej to przeżywają i krzyczą wręcz „nie, nie dawaj tego zdjęcia, bo widać mi na nim zmarszczki!”. (śmiech) Nie mam czasu na walkę z czasem. Z trudem udaje mi się znaleźć go trochę na to by o siebie zadbać. Wyżywam się bardziej w kwestiach mody, gdy projekt artystyczny daje mi do tego pretekst. Lubię dziwadła, takie formy poza ciałem, trochę rzeźbiarskie, wyłamujące się z kanonów, bo dla mnie to jest ciekawe. Modę na scenie można traktować jako formę takiej plastycznej kreacji, która z muzyką tworzy symbiozę i pewnego rodzaju opowieść. Wiadomo, że nie pójdę w tym do biura, ani do pracy w urzędzie pocztowym, dlatego też rozumiem niektóre komentarze pod moimi zdjęciami z koncertów czy występów, bo domyślam się, że niektórzy przekładają moje sceniczne wcielenia na niesceniczną rzeczywistość. Ale nie sądzę też by bardziej pasował mi na scenie ubiór “przysłowiowej” księgowej, choć grzeszę tak mówiąc, bo jedna z moich przyjaciółek jest księgową.
 
O „prasowaniu twarzy” i tego „co się marszczy” śpiewasz w piosence „Rekonstrukcja” z nowej płyty. Tekstowo to chyba mój ulubiony kawałek z „Halo tu Ziemia”, zajmujący bardzo konkretne stanowisko w kwestii przesadnego ingerowania w nasze twarze i ciała.
 
Ja po prostu nie mogę zrozumieć tej mody, nie podoba mi się to. Wydaje mi się, że urodą kobiety, która zaczyna mieć więcej niż 40 lat, staje się to co przeżyła i jaki ma stosunek do świata. Wiadomo, że się zmieniamy, że będziemy mieć zmarszczki, że zaczyna się robić drugi podbródek. Oczywiście, warto o siebie dbać, natomiast to w jaki sposób jesteśmy niewolnikami tego stało się jakąś masakrą. Przestajemy żyć i zaczynamy być mumiami. Zdjęcia zaczynają wyglądać jak monidła dzisiejszych czasów. O tym też jest trochę ten utwór „Rekonstrukcja” i cieszę się, że tak ci się spodobał, bo jego tekst też jest jednym z moich ulubionych. Moja przyjaciółka, Patrycja Woy, strasznie się nim zafascynowała i teraz będzie powstawał teledysk do tej piosenki, bardzo futurystyczny. Nie ośmieszający tamtego świat, bo już słowa tego utworu mówią same za siebie, ale chcemy się zastanowić do czego to wszystko prowadzi, jak będzie wyglądał taki świat. Do tego żebyśmy wszyscy wyglądali jak klony? Kiedy rozmawiam z kimś mocno poprawionym to nie potrafię się skupić, przyglądam się, patrzę co się rusza, a co nie, to jest jakiś obłęd. Mi to nie pasuje, ale wiem, że są tacy, którzy dobrze czują się z tym i poprawia im to samoocenę. To prywatna sprawa. Ale warto pamiętać, że to ma raczej krótkie nogi i musimy dbać o proporcje. W „Rekonstrukcji” śpiewam o tym, że jak mamy tyle czasu na dbanie o świat zewnętrzny, to dopieśćmy też ducha. Bo jak on będzie dopieszczony, to może nie będziemy musieli nic poprawiać?
 
To w takim razie na koniec – masz już w głowie pomysł na kolejne projekty muzyczne, którymi nas dopieścisz? Coś już się tworzy między obiadami?
 
Pracuję teraz nad projektem „Szukaj w snach”, nawet w drodze tutaj słuchałam w aucie miksów – płyta z kołysankami skomponowanymi przez Marka Napiórkowskiego, którego premiera już w maju. Taki zupełnie chilloutowy i wyciszony, ale bardzo wartościowy album. To są piękne kompozycje i w dobrym momencie w moim życiu, bo kiedy jak nie teraz, gdy mam malutką córeczkę. Oprócz tego mam pomysły na kilka nowych piosenek, być może w formie EP-ki, ale jeszcze nie jestem do końca pewna i zdecydowana jak to ma dokładnie wyglądać. Natomiast przygotowuję się już mentalnie do projektu zaplanowanego na rok 2020. Niby zostało jeszcze sporo czasu, ale ponieważ to co chcę zrobić jest dość poważne i wyczynowe, to już się za niego powoli zabieram. Nie mogę jeszcze zdradzić co to będzie, ale wydaje mi się, że to będzie taki projekt, który kompletnie mnie pochłonie i jeśli się uda to będzie to spełnienie moich marzeń!
 

 
fot. Zuza Krajewska/materiały promocyjne
 

 

 

 

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here