Za kulisami show Years & Years: Koncert w Warszawie [FOTO]

6

 

Nieco ponad dwa tygodnie temu przeżyłem szalone 24 godziny w Londynie, gdzie brałem udział w koncercie Years & Years realizowanym przy udziale techniki Virtual Reality. Relacjonowałem to m.in. tutaj. Wiedziałem wtedy, że to nie moje ostatnie spotkanie z chłopakami w tym roku, bo przecież jako prawdziwa fanka miałem już bilet na ich show na warszawskim Torwarze.

Na kilka dni przed występem Y&Y okazało się, że – ponownie dzięki uprzejmości Samsunga – będę miał okazję pogawędzić z zespołem za kulisami, co oczywiście spotkało się z moją natychmiastową reakcją w postaci pisku na rejestrze gwizdkowym. Ale wiadomo, w oficjalnej korespondencji udawałem mega profesjonalistę i jakby spoko, żaden tam big deal. Z chłopcami spotkaliśmy się na kilka godzin przed koncertem, tuż po tym, jak udzielili kilku wywiadów, ale jeszcze przed próbą generalną. No i co ja mogę powiedzieć… Nie było to moja pierwsza styczność z nimi, ale za każdym razem zadziwia mnie jak normalni, zabawni i uroczy są, mimo, że podczas każdego kolejnego naszego spotkania stopień ich fejmu jest na coraz wyższym poziomie. Emre opowiadał o polskich pierogach, którymi częstowała go jakaś ciotka, Mikey jak zwykle pełen poker face, a najbardziej całą sytuacją i zbliżającym się występem podekscytowany był Olly. „Polska to dla nas drugi dom. To niesamowite, że mamy tutaj tylu fanów. Trochę się przez to stresuję dzisiaj, musimy dać dobry występ” – powtarzał za kulisami. Uprzedziłem go, że lokalny fan-club szykuje kilka niespodzianek, więc niech wypatruje ich wśród publiczności. Years & Years Polska oczywiście spisało się na medal i co tu dużo gadać, Polacy po raz kolejny udowodnili, że potrafią się genialnie zmobilizować i zaskoczyć każdego artystę, który nas odwiedza. Yassss!!!

To pierwsza tak duża i skrojona wyłącznie pod zespół trasa. Czuć to od pierwszych sekund: nastrojowe światła, oszczędne, ale jednocześnie bardzo efektowne wizualizacje i nieco odświeżone aranżacje niektórych utworów. W setliście pojawiają się też dwa absolutnie rewelacyjne covery: mash-up „Dark Horse/Hotline Bling” z repertuarów Katy Perry i Drake’a oraz „Toxic” Britney. Wszystko oczywiście na yearsową modłę, bez silenia się na przebicie kultowych już przecież oryginałów. Nie ma się co rozpisywać, bo zabawa była na pełnej piździe, wszyscy się wyśpiewali, wyskakali i wytańczyli jak dziki, więc lepszej rekomendacji po prostu nie ma.

Chciałbym natomiast poświęcić trochę miejsca frontmanowi Y&Y. I nie dlatego, że Olly jest totalnym słodziakiem i najchętniej zapakowałbym go do torby i zabrał na chatę. Zacznę może od dość niepokojącego wniosku: chłopak jest totalnie zajechany. Ostatni rok był dla zespołu niezwykle udany, ale wiążę się to też z ogromną eksploatacją, co niestety słychać. Olly wciąż uwodzi wokalem, choć przychodzi mu to z coraz większym trudem. Nie bez kozery wspomagają go dwie czarnoskóre chórzystki, które przejmują co trudniejsze, szczególnie wysokie, partie piosenek, momentami wręcz go zagłuszając. Tutaj chyba nie zdziała zbyt wiele już żaden specjalista od strun głosowych, słodziak musi po prostu trochę odpocząć. Tak się składa, że mam trochę koleżanek i kolegów, co się śpiewaniem zajmują, więc jakby co – ugoszczę, fachowo pomogę, zrobię okłady i ciepłą herbatę.

Teraz coś miłego. Już wbijać w ten wokal, trasa się skończy, poleży chwilę w tropikach i będzie git. Przemęczony czy nie, Olly to na scenie bestia i to w wersji queer as fuck. Sama jego stylizacja to już mokre marzenia aktywnych panów z Coxy, ale te ruchy! Strasznie mi się to podoba, bo mimo tego, że chłopak ma przed sobą tysiące rozwrzeszczanych nastolatek, nie stara się udawać męskiego, bardziej skrojonego pod ich ideał. On już jest ich ideałem, mimo że wiedzą, że po koncercie jeszcze zaśpiewa, ale do innego mikrofonu. Jest chłopięcy, wiotki, część powie, że dość mocno przegięty. I super. Jak widzę kretyńskie próby tęczowych kolegów pakujących na siłowni, modulujących głos i unikających „pewnych” ubrań, żeby tylko być bardziej męskimi w oczach innych to ogarnia mnie pusty śmiech. Ciota to stan umysłu, a nie szerokość nogawki. Olly swoją postawą na scenie, ale i poza nią, przebija się naturalnością, a tę nie sposób krytykować czy wytykać. I za to duże brawa, nie tylko dla niego, bo mniemam, że wytwórnia i agenci mogliby stosować jakieś naciski, a takowych chyba brak. Żeby kiedyś w Polsce takie rzeczy, o mamo…

Na finał tradycyjnie już kilka fotek, które uczyniłem, a które uwodzą swoim artyzmem i finezyjnym wykorzystaniem trybu „auto” w aparacie. Enjoy!

IMG_0221 IMG_0245 IMG_0247 IMG_0252 IMG_0255 IMG_0264 IMG_0272 IMG_0282 IMG_0293 IMG_0298 IMG_0805FullSizeRender (3) FullSizeRender (4)

6 KOMENTARZE

  1. zazdroszczę totalnie, sama nie mogłam być tam wczoraj i żałuję, a od rana ogladam wszelakie filmiki z koncertów na instagramie. mocno się uśmiałam przy Twojej recenzji, zwłaszcza przy kwestii o Olku, haha, uwielbiam to, w jaki sposób piszesz.

  2. Koncert był magiczny. Ogromne emocje, których nie da się opisać słowami.
    Świetne zdjęcia i post, ile ja bym oddała za zdjęcie z ekipą!!
    PS. stałam z koleżanką niedaleko Pana 🙂

  3. powiem tylko tyle…koncert do dziś śni mi się po nocach! nie mogę przestać się emocjonować tym, co miało miejsce na Torwarze…to było wręcz genialnie niesamowite! i do dziś mam wrażenie jakbym nadal tam stała i darła się w niebo głosy do każdej piosenki tańcując jak szalona z cudownie świecącą na różowo koroną na głowie 😀 jednym słowem…chłopaki muszą wrócić do nas jak najszybciej!!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here