Krzysiu Zduński z „M jak Miłość” zabije teatr europejskiej stolicy kultury. Cuda na kiju we Wrocławiu

6

Wrocław kocham miłością beznadziejną od pierwszego wejrzenia. Spędziłem tam pięć magicznych lat, podczas których regularnie przeżywałem wszystkie „pierwsze razy” młodości, te dobre, smutne, wzniosłe, jak i całkiem marne. Do dziś, kiedy tylko wjeżdżam do tego miasta, przechodzą mnie dreszcze. Niestety, jak każdy związek, tym bardziej na odległość, również i moja miłość do Wrocławia przechodzi ostatnio ciężkie chwile. To już nie jest moje miasto. Nie jest, bo swawole na pięknym rynku regularnie urządzają tam sobie faszyści. Hasło „Wrocław miastem spotkań” z miesiąca na miesiąc traci na wartości. A teraz, Europejska Stolica Kultury w roku swojego panowania, chce unicestwić jeden z największych skarbów – Teatr Polski.

Zanim o zabójstwie w białych rękawiczkach, pozwolę sobie na jakieś osobiste pierdalamencje. Nie jestem znawcą teatru – jestem jego okazjonalnym gościem. Nie potrafię o nim mówić i pisać fachowym językiem. Dywagacje o intertekstualności zostawiam ludziom, którzy na teatrze zjedli zęby. Wiem tylko jedno – udana wizyta w teatrze to taka, po której mam ochotę zadać tysiąc pytań, zakwestionować, choćby na chwilę, wszystko co wiem o życiu i świecie, powiedzieć po swojemu i po prostemu „kurwa, ale mi to zryło banię”. Taki był właśnie Teatr Polski we Wrocławiu pod rządami dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego. Nie zamierzam kłamać, odwiedzałem go raz od wielkiego dzwonu, ale za każdym razem wychodziłem bogatszy o kolejne refleksje, rozmowy z ludźmi, którzy miewali zupełnie odmienne zdanie, bardziej otwarty na to, co odbiegało kompletnie od mojego wyobrażenia „prawdy”. Doceniałem kapitalną estetykę, przepych bądź skromność scenografii, kunszt aktorski występujących tam osobowości. Tak jak napisała to w punkt moja koleżanka Ada Styrcz, skądinąd szalenie utalentowana artystka, zawsze było tam dla nas miejsce. Cztery lata temu trochę biedowałem, ale spektakl mogłem obejrzeć z podłogi, na miękkiej poduszce. Za darmo.

Kultura wysoka to teoretycznie sport zarezerwowany dla elit. Elitarność w moim mniemaniu ma jednak bardzo pejoratywny wydźwięk, bo zakłada wykluczenie. Teatr Polski we Wrocławiu nie wykluczał. Aż do dziś. Kuriozalną decyzją zarządu województwa dolnośląskiego nowym dyrektorem teatru został pan Cezary Morawski. Człowiek, który wyruchał Związek Artystów Polskich na grube miliony i ma na swoim zafrasowanym czole wydrukowany wyrok za nadużycia finansowe. Ojciec braci Mroczków z „M jak Miłość”, który kwalifikacji do prowadzenia jednego z najlepszych teatrów w Europie po prostu nie ma. Czytam komentarze jakichś czarodziejek z księżyca, które piszą „dajmy mu szansę” na Facebooku. Proponuję tym cipom zrobienie balejażu u niewidomej fryzjerki i powrót z równie głębokimi przemyśleniami o równych szansach. To nie program „Niepełnosprawni – pełnosprawni w pracy”. To jedno z najważniejszych stanowisk kulturalnych w tym kraju. Krzysiu Zduński ma bardzo konkretne plany wobec teatru. Linia artystyczna ma opierać się na patriotycznych i rocznicowych podnietach. „W pustyni i w puszczy” zamiast „Procesu” Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To brzmi jak jakiś popierdolony żart.

Aktorzy protestują, bo ten teatr to ich życie. Nie chcą, żeby było gówniane. Czytam ich przejmujące wpisy i aż boli mnie serce. Niestety, wszystko wskazuje na to, że pan Morawski na stanowisku zostanie, a po prognozowanej rezygnacji praktycznie całej dotychczasowej ekipy aktorskiej, będzie posiłkował się teatralną trzecią ligą i warszawską celebrą. Nie żeby było w niej coś złego – na wszystko jest jednak odpowiedni czas i miejsce. Miejsce Teatru Polskiego we Wrocławiu jest wśród najlepszych, z kontrowersyjną i nieoczywistą linią artystyczną, której nowy dyrektor nie zapewni, bo jest tylko mikrym pionkiem w politycznej rozgrywce. W dodatku bez honoru, bo jeśli pracownicy mojego teatru wręczyliby mi bilet powrotny na dworcu podczas „przywitania” to wiedziałbym, gdzie jest moje miejsce. Morawski uparcie twierdzi (bo mam nadzieję, że w głębi duszy tak nie myśli), że jego miejsce jest na teatralnej ambonie, skąd pierwszego dnia swojego panowania wygłaszał przemowy zaadresowane do wyselekcjonowanej grupy dziennikarzy, bo aktorów i osób związanych z placówką, po prostu nie wpuszczono. Plomby, nowe zamki, ochroniarze. Zaiste dobra, kurwa, zmiana.

 

Tu nie chodzi o terror, histerie zblazowanych aktorzynów, układy i inne duperele, nad którymi dywagują bohaterowie fejsbukowych komentarzy. Te wszystkie mądre głowy, miłośnicy odciągania świń od koryta, księgowi i finansiści podliczający z satysfakcją długi Teatru Polskiego – puknijcie się w te swoje durne łby. Nikt tu nie liczy na cuda – aktorzy i widzowie domagają się po prostu dyrektora, który zabierze ich w kolejne niesamowite podróże. Póki co, zarząd województwa wysadził wszystkich na zarzyganym przystanku PKS i udaje, że to wciąż Europa. Zdradzę wam małą tajemnicę – to się nie uda.

Nie wiem, czy da się coś jeszcze zrobić, ale za nic w świecie nie można pozostać obojętnym, bo losy Teatru Polskiego mogą rozpocząć niebezpieczny precedens, który w obliczu miłościwie nam panujących wojowników smoleńskich, nie jest, jak widać, tylko abstrakcyjnym konceptem. Sprawdzajcie ten profil na FB i działajcie, a ja zostawiam was z grafiką mojego serdecznego przyjaciela Huberta Kielana.

14047274_1431445810206164_5202842353272234974_o

6 KOMENTARZE

  1. Nie chodzę regularnie do teatru, jednak jest to miejsce w moim mniemaniu gdzie „wszystko może się zdarzyć”. Ciarki mam na plechach na myśl o tym, że będzie granica „wszystkiego”.. a będzie to granica smoleńsko – maryjno – chrystusowa.

  2. I dobrze, że się coś dzieje, poobsadzali się POpaprańcy na stołkach i nie dopuszczali przez tyle lat nikogo. Wychodzi teraz wszystko za PIS-u, Gronkiewicz-Waltz, oszukiwała na reprywatyzacji, sprzedali Polskę całą, to samo z Teatrem, nowa zmiana, nowa krew, tak ma być, a bandytów z PO pozamykać!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here