Bridget Jones 3: O jeden film i lifting (nie) za daleko. Recenzja „Bridget Jones: Baby”

Być może jestem w mniejszości, ale kompletnie nie mam nic przeciwko masowej produkcji sequeli, prequeli, spin-offów i innych wariacji filmów czy serii, które uwielbiam – niezależnie od tego, jak będą się finalnie prezentowały. Wiadomość o tym, że Disney kupił prawa do „Gwiezdnych Wojen” i wypuści na rynek kolejną trylogię plus milion pobocznych produkcji świętowałem w masce Dartha Vadera. Podpisałem też wszystkie petycje online nawołujące do stworzenia trzeciej części „Seksu w wielkim mieście”. Żeby jeszcze lepiej zobrazować wam poziom mojej patologicznej nieumiejętności pogodzenia się z tym, że coś się może skończyć – obejrzałem nawet „Titanica 2”. Dzień, w którym potwierdzono oficjalnie, że światło dzienne ujrzy trzecia część przygód Bridget Jones, upłynął mi na niekończącym się odsłuchu „All By Myself” Celine Dion.

Producenci nie przewidzieli jednak, że entuzjastyczny hajp wokół filmu może zmącić odtwórczyni tytułowej roli. Renée Zellweger, przez lata żyjąca na uboczu, kilkanaście miesięcy temu triumfalnie wróciła na salony i… ciężko było ją w ogóle rozpoznać. Przez media przetoczyła się dyskusja o jej domniemanych operacjach plastycznych, a ona sama, całkiem niedawno, napisała odezwę do tabloidów, w której krytykuje kult młodości i zdecydowanie zaprzecza, że cokolwiek majstrowała przy twarzy. Ja tego nie kupuję, bo poprawki widać jak na dłoni, ale, podobnie jak miliony jej fanów, powątpiewałem, czy będzie jeszcze w stanie wcielić się w rolę skwaszonej i grubawej dziennikarki. Jestem już po seansie „Bridget Jones: Baby” i żeby nie trzymać wszystkich w bezsensownej niepewności – dała radę.

Fabuła filmu skupia się na ciąży Bridget i jej perypetiach związanych z ustaleniem, kto jest ojcem dziecka. Nasza słodka już nie-grubaska puściła się bowiem w ciągu tygodnia z dwoma różnymi facetami (nie rzucam kamieniem), co nieco przekreśliło szanse na ustalenie ojcostwa metodą „na kalendarzyk”. Kandydaci to: jej wielka miłość Mark Darcy oraz piekielnie przystojny Amerykanin Jack Qwant. Jak możecie się domyślać, ciążowy mezalians to tylko początek komedii pomyłek. I to bardzo dobrej! Jeśli reakcje widzów na moim seansie miałyby być miernikiem jakości filmu, to mamy tu murowany hit, bo laski wręcz kwiczały ze śmiechu, a ja byłem totalnie poszczany.

Humor w „Baby” ma niejako dwie płaszczyzny. Pierwsza to takie typowe amerykańskie zagrywki pt. „Bridget idzie polem i nagle jeb, leży w błocie”, które wprawdzie wywołują salwy śmiechu, ale bazują na prymitywnych instynktach. Na szczęście, jest też druga warstwa, opierająca się na zręcznych grach słownych, absurdach codzienności i – co jara mnie najbardziej – cholernie trafnym komentarzu społecznym. Nie zapominajmy, że główna bohaterka ma już 43 lata, więc aktualny świat widzi z nieco innej perspektywy. Hipsterzy, ajfony, aplikacje randkowe, związki jednopłciowe, walka o prawa kobiet dla samej walki i tak dalej, i tak dalej – wszystko to zostaje inteligentnie wyśmiane, a najgłośniej śmieją się sami zainteresowani. Mimo wyraźnego update’u, bo przecież od premiery „W pogoni za rozumem” minęło już 12 lat, to wciąż komedia kontynuująca fajną tradycję poprzednich części. Konserwatywni fani Bridget będą więc bardziej niż ukontentowani.

Dobra, teraz czas na rozwinięcie najbardziej frapującej kwestii czyli Renée Zellweger. Gwiazda najwyraźniej w ostatniej chwili się opamiętała, bo w filmie wygląda możliwie identycznie, jak kiedyś. Możliwie, bo przecież jest 12 lat starsza, niewątpliwie grany był botox, lifting i inne gadżety, ale na szczęście, małe oczka i kwaśny wyraz twarzy wróciły na swoje miejsce. Nie da się ukryć, że miejscami Bridget jest zbyt gładka, a przy scenach wymagających mimiki pojawia się nieco za mało zmarszczek, ale to kompletnie nie psuje odbioru filmu i zwróci uwagę tylko tych, którzy będą wypatrywać anomalii. Czyli moją, hehe. Serio, nie mamy tu jeszcze Nicole Kidman i panelu LCD zamiast czoła, jest okej. Poza tym, Bridget Jones nie mieszka przecież na Antarktydzie i z dobrodziejstw chirurgii korzystać może, bo robią to teraz wszystkie bogate mieszczanki każdej szanującej się metropolii. Colin Firth ewidentnie z takiej pomocy nie korzystał, nieco wychudł i pozapadał się tu i ówdzie, ale wciąż ma ten swój błysk w oku i uroczą flegmę, której ciężko nie ulec. Jego rywalem w drodze do serca Bridget jest Patrick Dempsey i on jest takim daddym, że wszystkie dupy na sali miały mokro.

Na seansie wybawiłem się na maksa i z ręką na sercu polecam „Baby” nie tylko fanom serii. Nie lękajcie się – botoks nie zniszczył waszej ulubionej dziennikarki, a film jest idealnym mariażem odwołań do klasyki i byciem na czasie. Zapomniałem o tym kompletnie w poprzednich akapitach, ale genialny jest również soundtrack – m.in. Years & Years, Ellie Goulding, Lily Allen czy Ed Sheeran, który również pojawia się w filmie i to nie tylko na scenie. Jest co oglądać, jest czego słuchać, więc bierzcie koleżanki za szmaty i marsz do kina!

7745999.3

5 Comments on “Bridget Jones 3: O jeden film i lifting (nie) za daleko. Recenzja „Bridget Jones: Baby”

  1. Nooo dobra…namówiłeś mnie. Biorę szmatę i koleżankę pod nią i lecę do kina….btw – fajnie piszesz.

  2. Poszłam 🙂 dawno się tak nie uśmiałam. A oglądałam po angielsku więc mogłam pewnych rzeczy nie wyłapać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *