10 nie-hitów Madonny, które udowadniają, że jest Królową Popu

12

Jeśli nie jesteś fanem konkretnego artysty to zazwyczaj znasz z jego repertuaru tylko to, co serwują rozgłośnie radiowe i nie zagłębiasz się specjalnie, jeśli nie podejdą Ci proponowane przez wykonawcę single. A przecież często jest tak, że to właśnie błąkające się po tracklistach nie-hity stanowią o prawdziwej sile artysty. Podobnie jest w przypadku Madonny. Każdy jest w stanie wymienić jej najbardziej sztandarowe przeboje, ale na miano Królowej Popu zasłużyła sobie nie tylko „Like A Prayer” czy „Hung Up”. Zapraszam do nadrobienia zaległości!

Physical Attraction – debiutancka płyta Madonny nieco ginie w retrospekcjach, bo tak naprawdę była tylko przedsmakiem tego, co gwiazda zaproponowała później, ale zupełnie niesłusznie. Fascynujący romans rytmów disco, klubowego sznytu i dziewczęcej zadziorności najlepiej, oprócz singli, reprezentuje Physical Attraction. Jest słodko, zawadiacko i zmysłowo, aż się widzi tych dzikich gejów na rolkach w krótkich spodenkach!

Love Song feat. Prince – Duet z Michaelem Jacksonem nigdy się nie zmaterializował, ale Madonna ma na koncie eksperyment muzyczny z innym bogiem – Princem. Efektem niemal epistolarnej współpracy (M i Prince wymieniali taśmy demo tygodniami, nie spotykając się nigdy faktycznie w studiu nagraniowym) jest mało oczywisty, dziwaczny i awangardowy kawałek o miłości. Starej daleko do instrumentalnego geniuszu Prince’a, ale w tym utworze sama plumka na klawiszach i to całkiem sprawnie.

Something to Remember – w 1989 roku Madonna po raz pierwszy w karierze musiała wziąć lekcje śpiewu. Wszystko po to, aby sprostać kompozycjom legendarnego Stephena Sondheima, z którym współpracowała przy soundtracku do filmu „Dick Tracy”. Ich starania zostały nagrodzone Oscarem za „Sooner or Later”, a samą Madonnę zainspirowało to do stworzenia całego albumu „I’m Breathless” utrzymanego w stylistyce jazzowej. Najmocniejszych punktem płyty jest melancholijna ballada „Something to Remember”, w której panna Ciccone funduje jeden ze swoich najlepszych wokalnych momentów w karierze. To również najlepszy dowód na to, że pozbawiona imponującej skali i rejestru, zostawia daleko w tyle inne wokalistki nieprawdopodobnym ładunkiem emocjonalnym. Swoją drogą, wykonanie „Love Don’t Live Here Anymore” na ostatniej trasie Rebel Heart Tour udowadnia, że te pokłady melancholii i rozpaczy w głosie wciąż się nie wyczerpały.

Secret Garden – jeden z najbardziej eksperymentalnych utworów w karierze Królowej Popu zamyka chyba jej najlepszy concept album czyli „Erotikę”. Jazzowy rozpierdol, seksowne, aż drapiące po uszach półszepty i zapętlona perkusja to Madonna, której nie usłyszymy chyba już nigdy. A szkoda!

Sanctuary – Madonna i trip hop? Proszę bardzo. Mikstura niepokojących dźwięków pod batutą Austina Dallasa, zmysłowy wokal i partie mówione (w tym cytowanie wiersza „Leaves Of Grass” Walta Whitmana) to jeden z ważniejszych punktów albumu „Bedtime Stories”. Wielka szkoda, że utwór ten nie doczekał się teledysku, bo będąca wtedy w swojej najwyższej wizualnej formie Madonna na pewno zafundowałaby kolejny ikoniczny klip.

I Want You feat. Massive Attack – żeby każdy cover na świecie był dekonstruowany w ten sposób to życie byłoby piękniejsze. Klasyk Marvina Gaye wyprodukowany przez Massive Attack to absolutna uczta dla uszu, choć nie dało się chyba uciec dalej od oryginału niż w tym przypadku. Zobrazowany pięknym teledyskiem utwór przepadł z uwagi na jakieś bezeceństwa prawne, ale nawet po 20 latach rozbudza wyobraźnie fanów, którzy regularnie dopominają się o ponowienie współpracy z Massive Attack. Ach, gdyby tylko!

Skin – nikt nawet nie dyskutuje z tym, że „Ray of Light” to najlepszy album Madonny w karierze. I choć wydano z niego aż 5 singli to wciąż są na nim perełki, o których absolutnie nie można zapomnieć. „Skin” to genialne połączenie klubowego techno drugiej połowy lat 90., transowego wręcz wokalu Madonny i sprytnie przemyconych bałkańskich trąbek. Linijka „Do I know you from somewhere?” aż prosi się o to, żeby użyć jej jako openingu na którejś trasie koncertowej. No, ale ta rura jeszcze na to nie wpadła…

Paradise (Not For Me) – francuska elektronika, Madonna udająca poliglotkę i gejszę w jednym. Tu nawet nie ma się co za wiele rozpisywać, to trzeba po prostu usłyszeć i zobaczyć.

Easy Ride  połączenie smyczków i elektroniki nie spotkało się ze specjalnie entuzjastycznym przyjęciem przy singlu „Die Another Day”, ale można to zrzucić na karb wyłamania się z konceptu typowej piosenki do filmów o Jamesie Bondzie. Na płycie „American Life” Madonna pogrzebała jednak głębiej, a „Easy Ride” to idealny przykład na to, że dwa światy mogą ze sobą pięknie współistnieć.

Unapologetic Bitch – przed premierą kolejnych płyt Madonny wiele osób zastanawia się, czy jest jeszcze jakiś gatunek, które nie tknęła swoją pomarszczoną ręką. W 2015 roku okazało się, że nie flirtowała z reaggee, co postanowiła szybko nadrobić. Chamska produkcja Diplo i echa starej Gwen Stefani to trochę stracona szansa na przebój wakacji, ale hasztag #unapologeticbitch przy zdjęciach ciot na Instagramie daje nadzieję, że ktoś o tym kawałku będzie za kilka lat pamiętał.

PS. Oczywiście jestem debilem, więc z tych emocji zapomniałem o jeszcze jednej perełce, więc łapcie jako bonus.

12 KOMENTARZE

    • O tak, Why’s It So Hard! Rzeczywiście, durny ja 🙂 a tę recenzję znam, mało takich obecnie, ale Madonna chyba nigdy nie mogła liczyć na szczególne zrozumienie w tej kwestii…

  1. Niezła lista, zawiera wiele moich ulubionych utworów Madonny, ale dodałbym od siebie jeszcze klubowe i futurystyczne Impressive Instant z Music i I’m Addicted z MDNA. I moze tez Isaac z Confessions On A Dance Floor, umiejętnie łączący przebojowość i taneczność z nutką orientalizmu. Tak na marginesie pisanie o Madonnie „ta rura” – słabe.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here