Stodoła zdobyta! Kwiatkowski ucieka od łatki idola nastolatek

17

Jest pewna niezręczność w recenzowaniu poczynań osób, które nie tylko dobrze znasz, ale i bardzo lubisz. Z fenomenem Dawida Kwiatkowskiego zetknąłem się po raz pierwszy niespełna trzy lata temu, gdy opowiadał mi o nim jego menadżer, z którym znamy się od bardzo dawna. Nie będę ukrywał, że początkowo nie rozumiałem, jak ten niepozorny nastolatek wzbudza tyle emocji wśród swoich rówieśników i buduje wielotysięczny kapitał odbiorców w sieci. Nie rozumiałem do momentu aż sam go nie poznałem – chłopak ma charyzmę, a w obecnych czasach to towar luksusowy.

Minęły trzy lata i dziś Dawid to niekwestionowana gwiazda numer jeden wśród wykonawców brandowanych jako „idol nastolatek”. To już nie tylko wokalista, który sprzedaje kilkadziesiąt tysięcy płyt, ale i prężnie działająca firma na wzór amerykański – są koszulki, czapeczki, specjalne obozy dla fanów. Jako uważny obserwator i kolega nie miałem nigdy wątpliwości, że Kwiat w tym wszystkim nie zatracił swojej pierwotnej radości i pasji, ale w razie gdyby przyszło mi przez myśl powątpiewać, całą sprawę rozwiązuje uczestnictwo w jego koncercie. W sobotę Dawid kończył oficjalnie klubową trasę koncertową w warszawskiej Stodole, która gości regularnie największe tuzy polskiej muzyki. Co więcej, nie tylko wyprzedał praktycznie cały klub, ale pokazał na scenie, że absolutnie zasługuje na to, aby się na niej znajdować.

Repertuar Kwiata, który nie zawsze znajduje uznanie u krytyków i nie oszukujmy się – wiele osób chętnie wrzuca go do szuflady z miałkimi piosenkami dla gimnazjalistek, na żywo prezentuje się bardzo okazale. Nazywanie tego muzą rockową jest może nieco na wyrost i zaraz znajdą się krzykacze, że ta ciota co to pisze to w życiu rocka nie słyszała, ale fakt jest taki, że brzmienie jest niespodziewanie mocne, a gitarom, choć bardzo melodyjnym, bliżej do dobrych kapel niż popowych gwiazdek. Lwią część setlisty są utwory z płyty „Element Trzeci”, a koncert otwiera mój ulubiony kawałek „Za nami”. Publiczność od pierwszych minut je mu z ręki, śpiewając głośno każde słowo, skandując jego imię, krzycząc, skacząc i Bóg jeden wie co jeszcze. Czytelnicy mojego bloga wiedzą, że z przesadną wręcz lubością używam terminu „szał cipy” jako najwyższego poziomu ekscytacji. Zaprawdę, powiadam wam, że takiego szału cipy, jak na koncercie Dawida Kwiatkowskiego, nie uświadczycie nigdzie indziej.

Młody nie jest tytanem wokalu i nie ma 6 oktaw, ale głosem operuje bardzo mądrze, z coraz większą świadomością i przede wszystkim z uczuciem. I to właśnie ta wzajemna wymiana energii między wokalistą a publicznością jest jego największą siłą. Tego nie da się wypracować, udawać, to się po prostu ma albo nie. Jako urodzony małomiasteczkowy esteta zawsze zwracam też uwagę na oprawę wizualną i tutaj Kwiatek i jego ekipa miło mnie zaskoczyli. Niepozorna konstrukcja LED-owa w kształcie korony i kolorowe światła naprawdę robiły robotę, przywodząc mi na myśl niedawny koncert Years & Years, choć w skromniejszej wersji. I w tej prostocie tkwi chyba tajemnica sukcesu – nikt niczego nie udaje, nie sili się na więcej niż jest w stanie szczerze zaoferować.

Dlatego z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Dawid, nawet jeśli zabierze mu się tłumy wrzeszczących fanek, cały ten anturaż „polskiego Justina Biebera” i tak dalej, to po prostu kawał dobrego performera. Nie mam też wątpliwości, że jeśli dalej będzie się rozwijał w takim tempie jak dotychczas, to nie będzie większych problemów z tym newralgicznym momentem przejścia z idola nastolatek w wykonawcę dla każdej publiczności. Ale to jeszcze trochę, niech się dziewczyny nacieszą, że go mają.

A na koniec tradycyjnie grabari photography. Musicie przyznać, że oko to mam niezłe do tych fotek!

IMG_0332IMG_0300IMG_0368IMG_0327IMG_0314IMG_0350IMG_0344IMG_0377IMG_0359IMG_0395IMG_0372IMG_0391IMG_0416IMG_0419IMG_0421