Wojny o krzesełka nie było, ale… festiwal hipokryzji u Kupisza

2

 

Robert Kupisz to na polskim rynku modowym trochę fenomen. Krytycy zgodnie twierdzą, że to, co proponuje projektant ciężko nazwać modą, ale Robert jako jeden z niewielu rzeczywiście żyje ze sprzedaży swoich ubrań. Ja nie potrafię odróżnić baskinki od bolerka, ale na jego wybiegu na moje oko widzimy po prostu jakąś może bardziej fantazyjną wariację tego, co oferują nam popularne sieciówki. Czy to dobrze, czy źle, nie wiem. Hajs się zgadza, a w show-biznesie to rzadkość. A skoro się zgadza to każdy pokaz Kupisza jest prawdziwym wydarzeniem towarzyskim i jednocześnie papierkiem lakmusowym polskich salonów. Dlaczego? Już śpieszę z wyjaśnieniami.

Na początku tylko wyleję swój osobisty żal, żeby nie było, że rzucam kamieniem, a sam na sumieniu trochę mam. Na środową prezentację kolekcji „Tango” zaproszenia nie otrzymałem, upomniałem się więc o nie w oficjalnym mejlu z prośbą o akredytację. Uzyskałem odpowiedź odmowną z jakimś pokrętnym tłumaczeniem pani Ani, która poinformowała mnie, że wobec dużego zainteresowania jest zmuszona mi odmówić, bo przecież wszyscy chętni się nie pomieszczą. Heloł, kobieto, pokaz jest w Soho Factory, w którym zmieściliby się wszyscy młodzi i dobrze ubrani syryjscy uchodźcy, których nie chce przyjąć pani Szydło. Okazało się, że pomiędzy moim wydawnictwem a PR-em Roberta jest jakaś niewypowiedziana wojna, więc smuteczek. No nic, pewnie ktoś kiedyś zacytował w Fakcie Pawła Deląga, który napisał, że t-shirty Kupisza są chujowe i rozpadają się po jednym praniu. Ale każda warszawska bywalczyni wie, że odmowa to tylko mobilizacja, żeby dostać się inną drogą. W moim przypadku skończyło się to na byciu +1 mojego przystojnego przyjaciela Marcina. Źle na tym nie wyszedłem, ale są bardziej figlarne metody, o czym później.

Wracając jednak do meritum i papierka lakmusowego, bo myślałem w taksówce nad tym porównaniem całą drogę. Otóż, na pokazach Roberta pojawiają się absolutnie wszyscy, uwierzcie, że więcej ich matka nie miała. Każdy sumiennie bije brawo, posyła uśmiechy, niektórzy wręczają projektantowi kwiaty i rozpływają się w zachwytach. Przed aparatem i kamerą, bo jak już magiczna czerwona lampka znika to wtedy dopiero zaczyna się koncert życzeń. Że kolekcja żenująca, że znowu to samo, ale w innych kolorach, a co to są za materiały i w ogóle fryzjer nigdy projektantem nie zostanie, choćby robił pokazy w Soho nawet i osiem razy do roku. Festiwal hipokryzji i tego, jak większość słusznie wyobraża sobie powierzchowne przyjaźnie i sympatie w show-biznesie, w wypadku pokazów Kupisza jest wręcz książkowy. Co nie zmienia faktu, że wszyscy chcą na nich być, łącznie z piszącym te słowa redaktorzyną.

Wróćmy zatem do kwestii zaproszeń i nieproszonych gości, bo to super temat. Wojny o krzesełka u Kupisza nie uświadczysz w takiej skali jak na innych imprezach, ale dzieją się pomniejsze historie. Mam wrażenie, że gwiazdy do tej pory nie rozszyfrowały skrótu RSVP umieszczanego tak chętnie na zaproszeniach. Moje drogie, szybka lekcja francuskiego. RSVP z francuskiego to répondez s’il vous plaît czyli dosłownie proszę odpowiedzieć. Czyli jak jedna z drugą dostaniesz kolorową karteczkę z mrugającym oczkiem to wypadałoby jeszcze zadzwonić i powiedzieć, że wpadniesz. Oszczędzi to potem gorączkowego szukania krzesełka z twoim nazwiskiem, stresu, że jakiś próbujący się wybić bloger wypunktuje to po nazwisku, a co najważniejsze – ułatwisz ludziom przygotowującym event pracę. Bo to na ich barki spada potem presja, że musisz usiąść w pierwszym rzędzie, którego nie ma, a jak nie daj boże się nie uda to się komuś poskarżysz. Litości!

Najbardziej lubię celebrytki, które przychodzą bez zaproszenia. W środę też parę takich ananasów się trafiło. Logika w takich wypadkach jest prosta. Jestem sławna, paparuchy walą mi foty od wejścia, więc drogi plebsie, usuwaj się z drogi, bo pani wchodzi. Jeden ze sławnych panów wziął też przykład ze mnie i przyszedł jako +1 trochę sławniejszej koleżanki. Też super, w końcu w kupie siła. Szanuję to. Bardziej komicznie robi się wtedy, gdy jednak niekoniecznie twarz „gwiazdy” można tak łatwo rozpoznać. Zaczyna się licytacja. Proszę pana, ja jestem sławnom aktorkom! Była taka pani, podobno miała na nazwisko coś z pierścionkiem i w sumie na tym kończy się charakterystyka tej postaci.

Na temat samej kolekcji potrafię powiedzieć tylko tyle, że ubrania były czerwone i czarne, a czasami też w paski. Ubolewam, że tym razem modele nie paradowali po wybiegu w majtkach, ale nie można mieć wszystkiego. Może następnym razem? Choć istnieje szansa, że znów się nie zmieszczę, ale najwyżej przedstawię się jako Natalia Siwiec. Wczoraj moja przyjaciółka w ten sposób weszła do Soho krokiem gwiazdy, choć nikomu zaproszenia nie pokazywała.

PS. Jeszcze tylko chciałem napisać, że Zosia Zborowska jest super. Kozak laska, czemu takich nie robią więcej???

image-(31)image-(25)image-(35)image-(24)image-(23)image-(29)image-(30)image-(36)image-(26)image-(38)image-(34)image-(37)image-(32)mimage-(33)

2 KOMENTARZE

  1. Zaje*isty blog 🙂 Trafiłem tu przypadkiem ale już dodaję go do zakładek. Będę tu wpadał częściej. Świetnie się czyta Twoje wpisy. Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here